01. "Otwórz mi bramę do duszy Twojej – w nieskończonej tajemnicy pozwól mi wnikać w Twój oddech i karmić nim wszystkich głodnych miłości"*
Po kilkunastu ciężkich, wypełnionych płaczem i rozpaczliwą próbą znalezienia siebie miesiącach wreszcie powracam. I mimo że czasem nadal czuję się tu obco i samotnie, otwieram przed Wami moje serce i dusze. Zaczynam coś, co dla mnie pachnie miłością, marzeniem i szczęściem.
Dla Basi, bo łapie mnie, ilekroć jestem na granicy przepaści, nie pozwalając runąć w dół. Która zawsze miała dla mnie więcej cierpliwości niż ja sama i która znosiła wszelkie ataki paniki, histerii i zwątpienia we własną wartość.
W podziękowaniu za to piękne bycie.
Przeszłości i wspomnieniom,
bo nie raz chciałabym wrócić na skrzyżowania dróg, uważnie przeczytać drogowskazy i wtedy wybrać właściwą ścieżkę; tak wiele przecież utraciłam.
*
„W swoim krótkim życiu popełniłem wiele błędów, lecz żaden nie
sprawił, że poczułem się nikim. Do wczoraj – wczorajszego dnia odwróciłem
się od rodziny. Przesiąknięty, niegodny, zbrukany winą, oto ja –
marionetka w rękach szatana, wciągnięty do piekła na ziemi.
Dlaczego nazywasz mnie grzesznym?”
Obracał
w dłoni przez kilka chwil paczkę czerwonych Marlboro, zanim zdecydował się
wyciągnąć papierosa i włożyć go do ust. Po chwili tytoniowy dym otulił jego
płuca, a on sam bez zastanowienia wypuścił go ustami, przymykając delikatnie
powieki. Oblizał wargi, po czym utkwił wzrok w tarczy zegara, która wskazywała
równe południe. W jego głowie toczył się zajadły pojedynek między zdrowym
rozsądkiem, który podpowiadał mu, że za około półtorej godziny samolotu, na
którego pokładzie miał się znaleźć, już tu nie będzie, a myślami, czy aby na
pewno wyjście dużo wcześniej niż zazwyczaj z hotelowego pokoju było dobrym
pomysłem. W chwili gdy poczuł wibracje dochodzące z kieszeni znoszonych
Levi'sów, westchnął głośno, wywracając oczami, po czym sprawnym ruchem wyjął
niewielki, czarny telefon. Rzucił okiem na wyświetlacz, a gdy zdał sobie
sprawę, że literki na nim składają się na imię osoby, z którą nie miał ochoty
wtenczas rozmawiać, nerwowo odłożył przedmiot na stolik. Upiwszy łyk mocnej
kawy, odebrał połączenie w ostatniej chwili, zaciskając uprzednio usta, na których
pojawił się po chwili zuchwały uśmiech.
– Jednak pamiętasz o
moim istnieniu, braciszku! – Nie czekając na odpowiedź, dodał poirytowanym
tonem: – Czego chcesz? Jestem nieco zajęty.
Długim palcem gładził obicie mlecznego fotela, a wzrokiem
wodził po ciemnych ścianach nowojorskiej kawiarni, gdy w słuchawce usłyszał
zmęczony głos brata:
– Zapewniam cię, że nie
dzwoniłbym, gdybym nie musiał. – Odchrząknął i dopiero po chwili, gdy w
słuchawce usłyszał ciche pomrukiwania i nad wyraz głośne westchnienia,
zdecydował się przemówić: – Matka mnie o to prosiła. Chce, żebyś przyjechał na
święta, Nick.
Filiżanka opadła z głośnym brzękiem na talerzyk, a tęczówki
bruneta stały się jakby ciemniejsze. Oblizał wskazujący palec, na który
bezkarnie spadło kilka kropel czarnej cieczy, po czym powiedział ochrypłym
głosem:
– Nie wiem, czy będę
mógł. – Na stolik opadło kilka banknotów, a ciało bruneta uniosło się, kiedy
wstał i szybkim krokiem począł kierować się w stronę wyjścia. – Pozdrów
Danielle, Kev.
Rozłączył się, a mężczyzna po drugiej stronie słuchawki
odwrócił się twarzą do opalonej brunetki i, z przyćmionym uśmiechem, poruszył
przecząco głową.
„Zagubiony w labiryncie słów
i zdarzeń.
Otulony kołdrą niezrozumienia.
Naćpany nienawiścią.
Ja ćpunem, świat moim dilerem.”
.
„Nie potrafię patrzeć na smutną twarz matki, nie umiem spojrzeć
ojcu w oczy, by automatycznie nie wychwycić w jego czekoladowych tęczówkach
ciemnych barw bólu. To mnie zabija od środka. Ona i tak podąży za mną;
będę oglądać się za siebie w obawie, że jest o krok za mną, będę żyć w strachu,
że kiedyś złapie mnie w swoje kościste palce, ale nie potrafię i nie chcę
inaczej. Cierpienie najbliższych mi osób zadaje mi samobójcze ciosy – nie mogę
paść na ich oczach. Wyjeżdżam.”
Miała
wrażenie, że jej odwieczny towarzysz – strach – przysiadł na jej ramieniu, co
kilka chwil podsuwając coraz to nowsze epilogi – uhonorowanie jej
nieposłuszeństwa. Z jej drobnych ust wydobywały się prawie niezauważalne obłoki
przerażenia, mieszające się z przezroczystymi atomami powietrza, przez co żadna
z osób, które mijała na szpitalnym korytarzu, nie wiedziała, jak ta drobna
istotka o pięknych, zielonych oczach drży pod powłokami ciepłego, zimowego płaszcza,
w którego zakamarkach chowały się okruchy nadziei.
Na chwiejnych nogach poruszała się powoli – pokonała zaledwie
mały odsetek drogi, a z każdym nowym krokiem
czuła, że coś ważnego umyka jej uwadze. Sukienka, dokładnie opinająca
ciało, mimo że szczelnie zakryta beżowym płaszczem odbierała jej resztki
pewności siebie, uwalniając nie odkryte pokłady skrępowania. Jej zgrabne nogi,
odziane jedynie w podziurawione trykoty, przytulały zimne łapy chłodu, który z
każdą sekundą posuwał się w górę, sprawiając, że jej ciałem wstrząsnął dreszcz
– wtenczas nie była pewna, czy sprawcą był strach, czy minusowe temperatury.
– Proszę poczekać! –
Przystanęła, nieznacznie się odwracając i spoglądając nieśmiało na młodego
mężczyznę. – To chyba należy do pani? – dodał, podając jej brązową rękawiczkę,
którą od razu pochwyciła skostniałą od zimna ręką.
Kiwnąwszy głową, patrzyła, jak blondyn oddala się powoli – a
wraz z nim jego serdeczny uśmiech, który pokrzepił jej skalaną pętami strachu
duszę. Nie ruszyła się z miejsca jeszcze przez chwilę, jakby osnuta mgłą
zobojętnienia na wszystko, co ją otacza i czego jest częścią. W tamtej chwili
nie pamiętała, że czas nie jest jej sprzymierzeńcem – musiała uciekać, znaleźć
się jak najdalej od miejsc, które znała, a które napawały ją nostalgią i swego
rodzaju melancholią za tym, co utraciła. Bała się ludzkich spojrzeń, z których
byłaby w stanie wyczytać więcej, niż się tego spodziewali, i myśli, które
podpowiadały jej, że niepotrzebnie porywa się na realizację marzeń, które w
konfrontacji z tym najważniejszym były niewiele warte.
Schowała skostniałe od zimna palce, uprzednio zwijając je w
pięść, do kieszeni grubego płaszcza, nie chroniącego należycie jej ciała przed
mackami chłodu, który pragnął delektować się jej mlecznobiałą skórą, a wiatr
szaleć wśród kaskady jasnych włosów, muskając najostrzejszymi porywami niczym
nieosłonięte uszy. Na zmianę przyśpieszała i zwalniała kroku, co kilka chwil
wzdychając cicho i kurczowo zaciskając palce prawej dłoni na uchwycie
blado-brązowej torby. Jej spierzchnięte, drobne wargi poruszały się w niemym
tańcu, kiedy z kilkusekundowym postojem wypowiadała pokrzepiające zapewnienia.
Nie patrzyła przed siebie, czasami jedynie unosiła głowę, by zerknąć na twarze
mijanych ludzi, lecz nie odnalazłszy na nich nieśmiałego uśmiechu, który byłby
w stanie odgonić chmury przerażenia i niepewności, unoszące się tuż nad jej
głową, spuszczała ją z powrotem, rumiankowy wzrok wlepiając w czubki znoszonych
butów. Gdy po chwili poczuła, że na jej rzęsach i policzkach osiadają białe
gwiazdki, a na usta automatycznie wpełza nieznaczny uśmieszek, przystanęła,
pozwalając, by niewielka torba opadła z cichym brzękiem na betonową
powierzchnię chodnika. Zanim ruszyła w stronę zbliżającego się ku niej
czerwonego autokaru, wystawiła język i czekała, aż jedna ze śnieżynek opadnie
na jego koniuszek.
„Stałam na wprost matki z
rękoma pełnymi kłamstw – tylko tyle jestem jej w stanie zaoferować. Wczoraj,
dzisiaj, jutro, za miesiąc. Przesiąknięta, niegodna, zbrukana kłamstwem, oto
ja - laleczka, wciągnięta do świata zbrodni i przestępstw.
Kochasz mnie jeszcze?”
.
Nie myliła się – Ona podążyła za nią. Była o krok
– odziana jedynie w szatę utkaną z ludzkich jęków i protestów. Jej twarz
zdobił szyderczy uśmiech, a obrzydliwie długie palce kościane obrączki. Jej
widok i świadomość zbliżającej się śmierci paraliżowały tego, po którego
przyszła - była zlepkiem wszystkich najstraszliwszych obrazów, wyjętych z
sennych koszmarów; matką strachu i rezygnacji. Szkaradną panią, która
każdemu jawiła się inaczej – dla Nomelle była sumą życiowych upadków, które
widziała jako łaty na czarnym aksamicie, okalającym jej upiorny
szkielet.
Pamiętała dzień, gdy zjawiła się u niej pierwszy raz...
Pojawiła się niespodziewanie, niczym nieproszony gość zapukała
do drzwi, za którymi kryło się wszystko to, na co tak długo pracowała, po to
tylko, by nasycić ciekawość i bliżej przyjrzeć się swej ofierze. Początkowo nie
mówiła nic, obserwowała – wypatrywała strachu, który prędzej czy później
zagnieżdżał się w sercu tego, którym miała się pożywić; potem się śmiała –
głośno i cynicznie – tak by ten, po którego przyszła, był w stanie ją usłyszeć.
Czasami znikała na jakiś czas, ażeby wrócić w chwili, gdy nikt się tego nie
spodziewał – przerażenie pomieszane ze zdziwieniem, malujące się w ludzkich
oczach doprowadzały ją do szczytu ekstazy; przecież ona niemalże zawsze
wracała.
Niekiedy napotykała opór ze strony bezwartościowych jednostek –
lubiła zatracać się w ich sercach czy umysłach i doszukiwać się woli walki,
którą z nielicznych w konsekwencji wysysała. Oni wszyscy byli głupcami – jej
nie dało się pokonać; była skłonna jedynie nieco dłużej, niż zaplanowała,
bawić się ich żywotami, przyglądać się, jak niefortunnie niektórzy z nich
próbują przed nią uciec albo sprostać wymaganiom, które stawiało przed nimi
życie.
Mimo wszystko, najbardziej rozkoszowała się momentami, w
których przyszło jej obwieszczać, że niedługo dołączą do listy, którą od
początku świata skrzętnie wypełniała – listy ludzi, którą ona, śmierć,
ze sobą zabrała...
Pamiętała dzień, gdy zdała sobie sprawę z własnej kruchości...
W głębi serca wiedziała, że pod płachtą siły, empatii czy
zwykłej indyferencji kryła się w kącie strachu słaba, niezwykle krucha osoba,
która musiała stanąć do walki z czymś, co już na początku utarczki udowadniało,
że jest silniejsze.
Jej jedyną bronią była nadzieja, która z każdą ponurą miną dr
Jackosona czy pojedynczym grymasem, wykrzywiającym dotychczas uśmiechniętą
twarz matki wymykała się z jej wątłych dłoni, jakby nieświadoma, że jest
resztką czegoś, co od początku utrzymywało brunetkę przy życiu; była jej
niematerialnym placebo, którym żywiła się jej psychika.
.
„Po raz kolejny staczam
nierówny pojedynek z życiem – nieświadomie jestem na ringu. Kopię, uderzam na
oślep. Pluję krwią, wraz z którą wydostają się resztki człowieczeństwa.
Krztuszę się cząsteczkami zwątpienia i obłudy. Padam... – lecz nie martwy. Nad
sobą widzę wykrzywione w sztucznym grymasie twarze moich bliskich. Chcę
krzyczeć i prosić o pomoc. Nie mogę – przecież znów odtrąciłem wyciągnięte w
moją stronę dłonie. Ich dłonie.”
Poprawiwszy jedną ręką kołnierz czarnego płaszcza, wlepił
spojrzenie kakaowych tęczówek w szybko przemykające widoki tuż zza szybą, by po
chwili przykryć je kurtyną kremowych powiek. Pragnie ciszy, która podpowie mu,
że czyni słusznie; pragnie spokoju oraz emocjonalnego odizolowania. Nie chce
widzieć malowideł swego serca i duszy, które jednoznacznie mówią mu, że jego
życie stało się puste - pozbawione tego, o co walczył, wolne od miłości i
zrozumienia.
Nicholas Jonas jeszcze nie wiedział, że pragnie
niemożliwego.
.
Powoli i możliwie jak najciszej przemieszczała się w stronę
wolnego siedzenia. Jej mlecznobiałą buzię przyozdobił niewielki rumieniec, a
oczy szmaragdowe iskierki, w których obojętny na cierpienie innych człowiek nie
rozpoznałby nitek nadziei, która znalazła swe miejsce również w zakamarkach jej
serca. Nomelle nadal wierzyła. Przygryzała nieświadomie dolną wargę i gładziła
opuszki palców, gdy znalazła się bliżej wolnego miejsca. Czuła, że na jej czoło
występują niewidzialne kropelki przerażenia.
– Mogę? – zapytała
cicho, posyłając nieśmiały uśmiech brunetowi w czarnym płaszczu, gdy ten
przeniósł na nią swój czekoladowy, przenikliwy wzrok.
Po chwili usiadła za przyzwalającym skinieniem głowy chłopaka,
mając wrażenie, że jej ciało i umysł oddaje się właśnie w opiece skrępowaniu.
... i tak się poznaliśmy.
Jaka była?
Inna – w każdym tego słowa znaczeniu; obdarta z niewinności, sponiewierana przez cierpienie i strach, pod płachtą siły i twardości, niesamowicie krucha.Wiesz, czasem myślę, że była również całkiem dobrą aktorką – częstokroć nie potrafiłem dostrzec w Jej oczach bólu, mimo iż wiedziałem, że cierpi. Mówiła, że ma coś, co go koi…Tak bardzo się wtedy bałem.
Bałeś się Jej?
Bałem się, że nieświadomie mogę Ją zranić; że zasnę, a gdy wstanę, Jej już nie będzie. Przerażała mnie świadomość Jej straty – paraliżowała moje ciało i odbierała tlen. Strach zagnieździł się w moim sercu i przez bardzo długi czas nie wiedziałem, jak go wypędzić. Była powodem tego lęku, ale jako jedna z nielicznych najlepiej wiedziała, jak go ujarzmić.
Nauczyła Cię tego?
Musiałem długo czekać, gdy wreszcie się na to zdecydowała.
.
Zamknięta w swoim świecie, wsłuchiwała się w szum własnych
myśli, które niczym pajęczyna na wietrze unosiły się w jej głowie – czuła, że
wszystko to, o czy marzyła, i co uprzednio dokładnie zaplanowała, zaczynało
wymykać się spod kontroli, nie reagując na ciche jęki protestu i
niezadowolenia, które usilnie wykrzykiwała, tak naprawdę nie wkładając w to ani
grama szeptu. Spod przymkniętych powiek obserwowała podrzucane przez jej
wyobraźnię obrazy szczęśliwe spędzonych chwili, uśmiechając się nieznacznie i
zabawnie poruszając malutkim noskiem. Nie przypuszczała wtenczas, że ktoś z
nieśmiałym uśmiechem na ustach obserwuje każdy, nawet najdrobniejszy ruch jej
drobnego ciała czy bladej twarzyczki.
Koniuszkiem języka przejechał po górnej wardze, przez co jego
jasnoróżowe podniebienie ukazało się na milisekundy, kiedy na krótko rozwarł
wargi, ziewając. Wpatrywał się w jasną twarz brunetki – długie rzęsy rzucały
cień na blade policzka, a cienka skóra powiek, pokryta prawie niewidocznymi
niebieskimi żyłkami, poruszała się nieznacznie, kiedy jej gałki oczne
przemieszczały się podczas snu. Miał wrażenie, że karmazynowe usta dziewczyny
wysyłają mu zaproszenia do pocałunków; kilka razy poruszyła nim, nieświadomie
zwilżając wargi koniuszkiem języka. Marszczyła przy tym nos, jakby chcąc
odpędzić przysiadające owady, które w sekrecie chciały zdradzić jej drobnym
uszom swe największe tajemnice. Odchylił lekko głowę, a do jego nozdrzy
doleciał słodki zapach pomarańczy.
Pomarańcze...?
Jej włosy nimi pachniały. Często porównywała mnie do narkomana – Ona była moją heroiną, zapach Jej włosów amfetaminą, bez której nie potrafiłem wtenczas funkcjonować.
.
– Godzinny
postój, proszę o opuszczenie autokaru.
Ochrypły głos kierowcy zdołał przebić się przez szczelną
zasłonę, utkaną z jej obaw i trosk. Z wolna uniosła swe ciało i, krok po kroku,
podążyła za obcymi dla niej ludźmi, kątem oka rejestrując jedynie, iż na twarzy
idącego za nią bruneta maluje się rozleniwienie. Znalazła się na płaskiej,
asfaltowej powierzchni. Skuliła się w sobie, krzyżując zmarznięte dłonie na
piersi. Zielonkawym, pozbawionym blasku wzrokiem obserwowała wszystko dookoła –
szukała chłopaka z burzą loków na głowie. Jej słabe serduszko podpowiadało jej,
że przy nim zdaje się być bezpieczna.
... wtedy, stojąc samotnie na tym parkingu, wydawała się taka
bezbronna.
Do
czego byś ją porównał?
Do
dziewczynki, która, szukając zaginionej zabawki, zgubiła się w tłumie.
Mała,
zagubiona w wielkim świecie duszyczka...
... potrzebowała kogoś, kto ją obroni, kto się nią zajmie.
Byłeś kimś takim?
Chciałem być.
.
„Primabalerina bez nogi.
Śpiewak
bez głosu.
Malarz
bez oczu.
I
ja – człowiek z wyrokiem.
Ja
więźniem, przedwczesna śmierć mym wyrokiem.”
Utkwił wzrok w ciemnoskórym mężczyźnie, który szybkim ruchem
ujął w dłoń szklankę, na której dnie połyskiwały niedopite resztki
bursztynowego alkoholu, by po chwili, uprzednio napełniwszy ją do połowy ciemnawą cieczą, przesunąć ją po nieco
zniszczonej barowej ladzie w stronę ciemnowłosego młodzieńca. W momencie kiedy
jego wargi zetknęły się z zimnym szkłem, a kubki smakowe z alkoholem, poczuł na
swej twarzy natarczywy wzrok osoby, które przed chwilą zajęła miejsca nieopodal
jego. Odłożył szklankę i odwrócił głowę, wzrokiem napotykając przestraszone
spojrzenie rumiankowych tęczówek.
Nie odwróciła głowy, obserwując mięśnie twarzy bruneta, którego
wargi nieznacznie rozwarły się w chwili, gdy ich spojrzenia po raz pierwszy
spotkały się na milisekundy. Obserwowała, jak mimowolnie przejeżdża koniuszkiem
języka po dolnej wardze, by po chwili kąciki jego ust mogły się unieść w
nieznacznym uśmiechu.
– Co podać? Colę z
wódką? – Do ich uszu dotarł znudzony głos barmana, który pochylał się nad
blondynką, opierając się oburącz o zniszczony blat.
– Nie, nie, żadnego
alkoholu! - Jej głos ociekał stanowczością, a pojedyncze kosmyki opadły na
zaróżowione policzka. Zdołała usłyszeć cichy śmiech, zanim poczuła, że po jej
ciele przechodzi fala naprzemiennego gorąca i zimna, a do oczu napływa
bezbarwna ciecz. Jej wątłe serce biło szybko, a na czole wystąpiły
gdzieniegdzie kropelki potu, w którym kryły się cząsteczki przerażenia.
Jej szczupłe palce w krótkim czasie natrafiły na twarde
opakowanie, które po chwili pojawiło się przed jej oczyma. Przełknęła ślinę,
próbując otworzyć białą buteleczkę. Miała wrażenie, że w jej głowie zagnieździł
się potwór, który właśnie w takich chwilach udowadniał jej, jak mało znaczy -
zdjęta strachem, obojętna wobec tego, co było jej pisane. Zagryzła wargę w
chwili, gdy biała buteleczka wyślizgnęła się z jej pomalowanych farbą
przerażenia dłoni, a okrągłe pastylki wysypały się na kamienną podłogę. Objęła
się mlecznobiałymi rękami, przez chwilę czekając na krzyki tych, którzy
towarzyszyli jej od tak dawna, a do których obecności jeszcze się nie
przyzwyczaiła - wyobrażała sobie pogardliwe oblicze śmierci, która stała tuż za
nią i przyglądała się jej poczynaniom.
Nie kontrolując swych ruchów, przygnieciona faktami, które
nigdy nie powinny dojść jej uszu, oraz bólem, unosiła ręce w górę, palce
wplatając w ciemne kosmyki. Pieśń płynąca z jej serca przerywana była cichym
łkaniem jej duszy, która, spętana więzami cierpienia i niezrozumienia, każdego
dnia wygrywała ten sam hymn.
Pozwoliła, by z jej gardła wyrwał się cichy jęk, a z oczu
popłynęła pojedyncza łza. W krótkiej chwili znalazła się tuż przy kamiennej
posadzce, długimi palcami wyszukując białych tabletek.
– To silny lek. –
Usłyszała niski głos, tuż obok prawego ucha.
Uniosła głowę. Spoglądał w jej szmaragdowe, pozbawione blasku
oczy i kąciki ust, w których kryły się okruchy smutku i zrezygnowania, gdy jej
drobne palce nieśpiesznie podążyły w stronę jego dłoni. Powolutku, jakby
nieświadoma upływającego czasu, wyjmowała z niej białe tabletki. Przyglądał
się, jak powolnie wrzuca je do buteleczki, by w rezultacie jedną zostawić na
wewnętrznej stronie bladej dłoni. Nie odwrócił wzroku nawet w chwili, gdy
gąbeczki jej warg zetknęły się ze skórą. Nie otwierała oczu jeszcze przez
krótki czas, a gdy to zrobiła, jej lękliwe spojrzenie spoczęło na jego twarzy.
Delikatnie przechyliła głowę, unosząc nieznacznie kącik ust.
Obserwowała?
Tak, to było wpisane w Jej naturę. Lubiła analizować, obserwować i dochodzić do własnych wniosków. Często znienacka wypowiadała zdania, które w pierwszej chwili były dla mnie mało zrozumiałe, niemalże niedorzeczne, ale kiedy spoglądałem w Jej zielone tęczówki, w których połyskiwały iskierki nadziei na to, że ktoś Ją zrozumie, że będzie tego chciał, wtedy zdawałem sobie sprawę, że jesteśmy do siebie podobni. Nie pragnęła wiele – potrzebowała czasu, miłości i osoby, która w każdej chwili będzie w stanie podać jej kubek z ulubioną herbatą czy szepnąć, że nie może się bać, bo jest dużą dziewczynką. Nie różniliśmy się od siebie tak bardzo, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Potem było już za późno…
Do jakich doszła wtedy?
Mówiła,że zwróciła uwagę na moje oczy – bez jakichkolwiek oznak litości. I miała rację, wiesz? Nigdy nie patrzyłem na nią przez pryzmat choroby, czy tego, kim się z czasem stawała…
.
Powoli zmierzał w stronę autokaru, dwukrotnie odwracając głowę,
by za każdym razem ujrzeć jej pochyloną sylwetkę i twarz, którą zasłaniały
pojedyncze kosmyki czekoladowych włosów. Mroźny wiatr szczypał jej zaróżowione
policzka, ale nie zwracała na to większej uwagi, zbyt zaabsorbowana nieustanną
gonitwą myśli. Po kilku metrach, które zdawały się jej być kilometrami, powoli
wspięła się po schodkach, z wolna zmierzając w stronę wolnego miejsca.
Usiadła koło Ciebie?
Tym razem nie. Potem tłumaczyła, że się bała...
Czego?
Moich oczu... – tego, co w nich ujrzała.
A co w nich zobaczyła, Nick?
Wszystko to, co starałem się ukryć przed światem... – życie nauczyło mnie udawać, a ja poddawałem się temu, co zawładnęło moim losem. Miałem wrażenie, że zostałem stworzony, by cierpieć – Bóg stworzył mnie, by porzucić na pustyni zbytku. Umierałem każdego dnia, by kolejnego, niczym feniks z popiołów, odrodzić się na nowo, lecz już nie jako silny i pewny, a karykatura swojej osoby. To Ona otworzyła mi oczy i pokazała w lustrze prawdy to, kim się stałem. Wyrwała mnie z letargu, który z każdym dniem ciągnął mnie ku dołowi… i, kiedy myślałem, że za chwilę nastąpi mój koniec, złapała i nie chciała puścić.
.
Przelotny uśmiech igrał na jego ustach, kiedy kakaowymi
tęczówkami śledził powolne, jakby niepewne ruchy młodziutkiej brunetki, która
wtenczas jawiła mu się w nieśmiałych promieniach słońca jako niesamowicie
krucha laleczka, którą w stanie unicestwić jest nawet najmniejszy, zbyt
gwałtowny ruch czy słowo. Jego natrętny wzrok przebijał się przez bezbarwne
szyby, na których osiadały niewidzialne drobinki kurzu, po to tylko, by w
następnej chwili spuścić głowę i w niemym zachwycie delektować się
delikatnością, która wyzierała z każdej najmniejszej cząstki jej kruchego
ciała.
W mgnieniu oka pokonał kilka stopni, które dzieliły go od
nierównej powierzchni betonowego chodnika – przystanął w miejscu, po chwili
odwracając głowę, gdy w okolicach żeber poczuł subtelne muśnięcie kobiecych
dłoni.
– Odezwę się jeszcze. – Zdążyło dolecieć do jego uszu, kiedy
kątem oka obserwował, jak drobna sylwetka brunetki z każdą sekundą oddala się
coraz bardziej. Uśmiechnął się kpiąco, bagatelizując wibracje dochodzące z
kieszeni jego znoszonych Levi'sów.
Brązowa torba upadła tuż obok jej prawej nogi, a z ust wyrwało
się ciche westchnienie, które dusiła w sobie od dłuższego czasu. Uśmiechnęła
się słabo, unosząc nieco głowę. Do jej uszu doleciał niski głos, który od razu
rozpoznała, słysząc go przedtem zaledwie parę razy.
– Uciekasz, prawda? – Odwróciła się powoli, tak że teraz
dokładnie widziała jego twarz. Gdy nie odpowiedziała, dodał: – Przed czym?
Postąpiła parę kroków, czego się nie spodziewał, nadal patrząc
mu w oczy. Przez myśl przemknęło mu po raz kolejny dzisiejszego dnia, że są
naprawdę ładne.
– Naprawdę chcesz wiedzieć? – zapytała nieco ironicznie. Po
chwili jednak spoważniała, a mięśnie jej twarzy napięły się: – Uciekam przed
śmiercią.
Nie przeraziło Cię to?
Później zastanawiałem się nad tym wielokrotnie i za każdym razem dochodziłem do wniosku, że Jej słowa nie miały prawa wywołać we mnie lęku. (…), bo wiesz, ja sam uciekałem przed śmiercią, którą sam nieświadomie sobie zadawałem; moim największym wrogiem byłem ja sam. Jej było o wiele, wiele potężniejszy…
Siedzieli na ławce, a z szarawego nieba spływały białe
gwiazdeczki, które osiadały na ich włosach i płaszczach. Wszechogarniająca
cisza trwała od dobrych kilku minut, kiedy zostali sami, mogąc obserwować, jak
śnieżnobiały autokar odjeżdża, a ich pochłania huragan niezręcznego, krępującego
milczenia. Opuszkami palców gładziła materiał torby, co kilka chwil wydobywając
z siebie cichy jęk.
– Nie musisz tu ze mną
siedzieć, możesz iść. – Przeniosła zielonkawe spojrzenia na bruneta, który w
tej samej chwili uniósł głowę. – Praktycznie w ogóle się nie znamy.
– Co chcesz teraz
zrobić? Masz jakiekolwiek pieniądze? – Patrzył na nią wzrokiem przepełnionym
nutką rozbawienia i politowania. Gdy zamiast odpowiedzieć, spuściła głowę,
zasłaniając kaskadą brąz włosów twarz, dodał: – Jakikolwiek plan?
– Nie, ale poradzę
sobie, jak mówiłam, nie musisz czuć się za mnie odpowiedzialny.
– Zostanę. – Wstał,
wyciągając do niej rękę, którą po chwili, mimo wahania, ujęła. – Nie
zostawię cię samej.
Miałeś kiedyś wrażenie, że przypadkowo spotkana osoba nie została postawiona na Twojej drodze bez powodu? Że, mimo iż nie zamieniliście ze sobą praktycznie ani jednego słowa, znasz ją?
Tak, chyba tak…
Tak było w moim przypadku tamtego dnia. Kiedy na Nią patrzyłem, nie widziałem ślicznej dziewczyny, którą bez problemu mógłbym zaciągnąć do łóżka i przelecieć w podrzędnym hoteliku, lecz człowieka, który tak bardzo przypominał mi samego siebie sprzed kilku lat. Oboje uciekaliśmy, oboje chcieliśmy żyć po swojemu. Wtedy połączył nas wspólny cel, z czasem coś o wiele głębszego…
Nigdy nie dopuszczałeś do siebie myśli, że tamtego dnia po prostu się zakochałeś?
To nie była miłość, ani zauroczenie – nie wtedy. Czułem, gdzieś w środku, że nie mogę Jej zostawić – chyba już wtedy, tak naprawdę w ogóle Jej nie znając, żyłem w przeświadczeniu, że jestem za Nią odpowiedzialny; była przecież zbłąkaną owieczką,która miała za zadanie sprowadzić mnie ze złej ścieżki, a ja miałem ofiarować Jej coś, czego wówczas w sobie nie dostrzegałem.
*fragment wiersza autorstwa Robiwana
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz