poniedziałek, 10 czerwca 2013


01. "Otwórz mi bramę do duszy Twojej – w nieskończonej tajemnicy pozwól mi wnikać w Twój oddech i karmić nim wszystkich głodnych miłości"*

Po kilkunastu ciężkich, wypełnionych płaczem i rozpaczliwą próbą znalezienia siebie miesiącach wreszcie powracam. I mimo że czasem nadal czuję się tu obco i samotnie, otwieram przed Wami moje serce i dusze. Zaczynam coś, co dla mnie pachnie miłością, marzeniem i szczęściem.

 
 
Dla Basi, bo łapie mnie, ilekroć jestem na granicy przepaści, nie pozwalając runąć w dół. Która zawsze miała dla mnie więcej cierpliwości niż ja sama i która znosiła wszelkie ataki paniki, histerii i zwątpienia we własną wartość.
W podziękowaniu za to piękne bycie.
 


 
Przeszłości i wspomnieniom,
bo nie raz chciałabym wrócić na skrzyżowania dróg, uważnie przeczytać drogowskazy i wtedy wybrać właściwą ścieżkę; tak wiele przecież utraciłam.


*
 
 
 


 
W swoim krótkim życiu popełniłem wiele błędów, lecz żaden nie sprawił, że poczułem się nikim. Do wczoraj wczorajszego dnia odwróciłem się od rodziny. Przesiąknięty, niegodny, zbrukany winą, oto ja marionetka w rękach szatana, wciągnięty do piekła na ziemi.
 
Dlaczego nazywasz mnie grzesznym?”
 
Obracał w dłoni przez kilka chwil paczkę czerwonych Marlboro, zanim zdecydował się wyciągnąć papierosa i włożyć go do ust. Po chwili tytoniowy dym otulił jego płuca, a on sam bez zastanowienia wypuścił go ustami, przymykając delikatnie powieki. Oblizał wargi, po czym utkwił wzrok w tarczy zegara, która wskazywała równe południe. W jego głowie toczył się zajadły pojedynek między zdrowym rozsądkiem, który podpowiadał mu, że za około półtorej godziny samolotu, na którego pokładzie miał się znaleźć, już tu nie będzie, a myślami, czy aby na pewno wyjście dużo wcześniej niż zazwyczaj z hotelowego pokoju było dobrym pomysłem. W chwili gdy poczuł wibracje dochodzące z kieszeni znoszonych Levi'sów, westchnął głośno, wywracając oczami, po czym sprawnym ruchem wyjął niewielki, czarny telefon. Rzucił okiem na wyświetlacz, a gdy zdał sobie sprawę, że literki na nim składają się na imię osoby, z którą nie miał ochoty wtenczas rozmawiać, nerwowo odłożył przedmiot na stolik. Upiwszy łyk mocnej kawy, odebrał połączenie w ostatniej chwili, zaciskając uprzednio usta, na których pojawił się po chwili zuchwały uśmiech.
 
– Jednak pamiętasz o moim istnieniu, braciszku! – Nie czekając na odpowiedź, dodał poirytowanym tonem: – Czego chcesz? Jestem nieco zajęty.
 
Długim palcem gładził obicie mlecznego fotela, a wzrokiem wodził po ciemnych ścianach nowojorskiej kawiarni, gdy w słuchawce usłyszał zmęczony głos brata:
 
– Zapewniam cię, że nie dzwoniłbym, gdybym nie musiał. – Odchrząknął i dopiero po chwili, gdy w słuchawce usłyszał ciche pomrukiwania i nad wyraz głośne westchnienia, zdecydował się przemówić: – Matka mnie o to prosiła. Chce, żebyś przyjechał na święta, Nick.
 
Filiżanka opadła z głośnym brzękiem na talerzyk, a tęczówki bruneta stały się jakby ciemniejsze. Oblizał wskazujący palec, na który bezkarnie spadło kilka kropel czarnej cieczy, po czym powiedział ochrypłym głosem:
 
Nie wiem, czy będę mógł. – Na stolik opadło kilka banknotów, a ciało bruneta uniosło się, kiedy wstał i szybkim krokiem począł kierować się w stronę wyjścia. – Pozdrów Danielle, Kev.
 
Rozłączył się, a mężczyzna po drugiej stronie słuchawki odwrócił się twarzą do opalonej brunetki i, z przyćmionym uśmiechem, poruszył przecząco głową.
 
 
Zagubiony w labiryncie słów i zdarzeń.
Otulony kołdrą niezrozumienia.
Naćpany nienawiścią.
                          
Ja ćpunem, świat moim dilerem.”
 
.
 
Nie potrafię patrzeć na smutną twarz matki, nie umiem spojrzeć ojcu w oczy, by automatycznie nie wychwycić w jego czekoladowych tęczówkach ciemnych barw bólu. To mnie zabija od środka. Ona i tak podąży za mną; będę oglądać się za siebie w obawie, że jest o krok za mną, będę żyć w strachu, że kiedyś złapie mnie w swoje kościste palce, ale nie potrafię i nie chcę inaczej. Cierpienie najbliższych mi osób zadaje mi samobójcze ciosy nie mogę paść na ich oczach. Wyjeżdżam.”
 
Miała wrażenie, że jej odwieczny towarzysz – strach – przysiadł na jej ramieniu, co kilka chwil podsuwając coraz to nowsze epilogi – uhonorowanie jej nieposłuszeństwa. Z jej drobnych ust wydobywały się prawie niezauważalne obłoki przerażenia, mieszające się z przezroczystymi atomami powietrza, przez co żadna z osób, które mijała na szpitalnym korytarzu, nie wiedziała, jak ta drobna istotka o pięknych, zielonych oczach drży pod powłokami ciepłego, zimowego płaszcza, w którego zakamarkach chowały się okruchy nadziei.
Na chwiejnych nogach poruszała się powoli – pokonała zaledwie mały odsetek drogi, a z każdym nowym krokiem  czuła, że coś ważnego umyka jej uwadze. Sukienka, dokładnie opinająca ciało, mimo że szczelnie zakryta beżowym płaszczem odbierała jej resztki pewności siebie, uwalniając nie odkryte pokłady skrępowania. Jej zgrabne nogi, odziane jedynie w podziurawione trykoty, przytulały zimne łapy chłodu, który z każdą sekundą posuwał się w górę, sprawiając, że jej ciałem wstrząsnął dreszcz – wtenczas nie była pewna, czy sprawcą był strach, czy minusowe temperatury.
Proszę poczekać! – Przystanęła, nieznacznie się odwracając i spoglądając nieśmiało na młodego mężczyznę. – To chyba należy do pani? – dodał, podając jej brązową rękawiczkę, którą od razu pochwyciła skostniałą od zimna ręką.
Kiwnąwszy głową, patrzyła, jak blondyn oddala się powoli – a wraz z nim jego serdeczny uśmiech, który pokrzepił jej skalaną pętami strachu duszę. Nie ruszyła się z miejsca jeszcze przez chwilę, jakby osnuta mgłą zobojętnienia na wszystko, co ją otacza i czego jest częścią. W tamtej chwili nie pamiętała, że czas nie jest jej sprzymierzeńcem – musiała uciekać, znaleźć się jak najdalej od miejsc, które znała, a które napawały ją nostalgią i swego rodzaju melancholią za tym, co utraciła. Bała się ludzkich spojrzeń, z których byłaby w stanie wyczytać więcej, niż się tego spodziewali, i myśli, które podpowiadały jej, że niepotrzebnie porywa się na realizację marzeń, które w konfrontacji z tym najważniejszym były niewiele warte.
Schowała skostniałe od zimna palce, uprzednio zwijając je w pięść, do kieszeni grubego płaszcza, nie chroniącego należycie jej ciała przed mackami chłodu, który pragnął delektować się jej mlecznobiałą skórą, a wiatr szaleć wśród kaskady jasnych włosów, muskając najostrzejszymi porywami niczym nieosłonięte uszy. Na zmianę przyśpieszała i zwalniała kroku, co kilka chwil wzdychając cicho i kurczowo zaciskając palce prawej dłoni na uchwycie blado-brązowej torby. Jej spierzchnięte, drobne wargi poruszały się w niemym tańcu, kiedy z kilkusekundowym postojem wypowiadała pokrzepiające zapewnienia. Nie patrzyła przed siebie, czasami jedynie unosiła głowę, by zerknąć na twarze mijanych ludzi, lecz nie odnalazłszy na nich nieśmiałego uśmiechu, który byłby w stanie odgonić chmury przerażenia i niepewności, unoszące się tuż nad jej głową, spuszczała ją z powrotem, rumiankowy wzrok wlepiając w czubki znoszonych butów. Gdy po chwili poczuła, że na jej rzęsach i policzkach osiadają białe gwiazdki, a na usta automatycznie wpełza nieznaczny uśmieszek, przystanęła, pozwalając, by niewielka torba opadła z cichym brzękiem na betonową powierzchnię chodnika. Zanim ruszyła w stronę zbliżającego się ku niej czerwonego autokaru, wystawiła język i czekała, aż jedna ze śnieżynek opadnie na jego koniuszek.
 
Stałam na wprost matki z rękoma pełnymi kłamstw tylko tyle jestem jej w stanie zaoferować. Wczoraj, dzisiaj, jutro, za miesiąc. Przesiąknięta, niegodna, zbrukana kłamstwem, oto ja - laleczka, wciągnięta do świata zbrodni i przestępstw.
 
Kochasz mnie jeszcze?”
 
.
 
Nie myliła się Ona podążyła za nią. Była o krok – odziana jedynie w szatę utkaną z ludzkich jęków i protestów. Jej twarz zdobił szyderczy uśmiech, a obrzydliwie długie palce kościane obrączki. Jej widok i świadomość zbliżającej się śmierci paraliżowały tego, po którego przyszła - była zlepkiem wszystkich najstraszliwszych obrazów, wyjętych z sennych koszmarów; matką strachu i rezygnacji. Szkaradną panią, która każdemu jawiła się inaczej – dla Nomelle była sumą życiowych upadków, które widziała jako łaty na czarnym aksamicie, okalającym jej upiorny szkielet.
 
Pamiętała dzień, gdy zjawiła się u niej pierwszy raz...
Pojawiła się niespodziewanie, niczym nieproszony gość zapukała do drzwi, za którymi kryło się wszystko to, na co tak długo pracowała, po to tylko, by nasycić ciekawość i bliżej przyjrzeć się swej ofierze. Początkowo nie mówiła nic, obserwowała – wypatrywała strachu, który prędzej czy później zagnieżdżał się w sercu tego, którym miała się pożywić; potem się śmiała – głośno i cynicznie – tak by ten, po którego przyszła, był w stanie ją usłyszeć. Czasami znikała na jakiś czas, ażeby wrócić w chwili, gdy nikt się tego nie spodziewał – przerażenie pomieszane ze zdziwieniem, malujące się w ludzkich oczach doprowadzały ją do szczytu ekstazy; przecież ona niemalże zawsze wracała.
 
Niekiedy napotykała opór ze strony bezwartościowych jednostek – lubiła zatracać się w ich sercach czy umysłach i doszukiwać się woli walki, którą z nielicznych w konsekwencji wysysała. Oni wszyscy byli głupcami – jej nie dało się pokonać; była skłonna jedynie nieco dłużej, niż zaplanowała, bawić się ich żywotami, przyglądać się, jak niefortunnie niektórzy z nich próbują przed nią uciec albo sprostać wymaganiom, które stawiało przed nimi życie.
Mimo wszystko, najbardziej rozkoszowała się momentami, w których przyszło jej obwieszczać, że niedługo dołączą do listy, którą od początku świata skrzętnie wypełniała – listy ludzi, którą ona, śmierć, ze sobą zabrała...
Pamiętała dzień, gdy zdała sobie sprawę z własnej kruchości...
W głębi serca wiedziała, że pod płachtą siły, empatii czy zwykłej indyferencji kryła się w kącie strachu słaba, niezwykle krucha osoba, która musiała stanąć do walki z czymś, co już na początku utarczki udowadniało, że jest silniejsze. 
Jej jedyną bronią była nadzieja, która z każdą ponurą miną dr Jackosona czy pojedynczym grymasem, wykrzywiającym dotychczas uśmiechniętą twarz matki wymykała się z jej wątłych dłoni, jakby nieświadoma, że jest resztką czegoś, co od początku utrzymywało brunetkę przy życiu; była jej niematerialnym placebo, którym żywiła się jej psychika.
 
.
 
Po raz kolejny staczam nierówny pojedynek z życiem nieświadomie jestem na ringu. Kopię, uderzam na oślep. Pluję krwią, wraz z którą wydostają się resztki człowieczeństwa. Krztuszę się cząsteczkami zwątpienia i obłudy. Padam... lecz nie martwy. Nad sobą widzę wykrzywione w sztucznym grymasie twarze moich bliskich. Chcę krzyczeć i prosić o pomoc. Nie mogę przecież znów odtrąciłem wyciągnięte w moją stronę dłonie. Ich dłonie.”
 
Poprawiwszy jedną ręką kołnierz czarnego płaszcza, wlepił spojrzenie kakaowych tęczówek w szybko przemykające widoki tuż zza szybą, by po chwili przykryć je kurtyną kremowych powiek. Pragnie ciszy, która podpowie mu, że czyni słusznie; pragnie spokoju oraz emocjonalnego odizolowania. Nie chce widzieć malowideł swego serca i duszy, które jednoznacznie mówią mu, że jego życie stało się puste - pozbawione tego, o co walczył, wolne od miłości i zrozumienia.
 
Nicholas Jonas jeszcze nie wiedział, że pragnie niemożliwego.
 
.
 
Powoli i możliwie jak najciszej przemieszczała się w stronę wolnego siedzenia. Jej mlecznobiałą buzię przyozdobił niewielki rumieniec, a oczy szmaragdowe iskierki, w których obojętny na cierpienie innych człowiek nie rozpoznałby nitek nadziei, która znalazła swe miejsce również w zakamarkach jej serca. Nomelle nadal wierzyła. Przygryzała nieświadomie dolną wargę i gładziła opuszki palców, gdy znalazła się bliżej wolnego miejsca. Czuła, że na jej czoło występują niewidzialne kropelki przerażenia.
Mogę? – zapytała cicho, posyłając nieśmiały uśmiech brunetowi w czarnym płaszczu, gdy ten przeniósł na nią swój czekoladowy, przenikliwy wzrok.
Po chwili usiadła za przyzwalającym skinieniem głowy chłopaka, mając wrażenie, że jej ciało i umysł oddaje się właśnie w opiece skrępowaniu.
 
... i tak się poznaliśmy.
 
Jaka była?
Inna – w każdym tego słowa znaczeniu; obdarta z niewinności, sponiewierana przez cierpienie i strach, pod płachtą siły i twardości, niesamowicie krucha.Wiesz, czasem myślę, że była również całkiem dobrą aktorką – częstokroć nie potrafiłem dostrzec w Jej oczach bólu, mimo iż wiedziałem, że cierpi. Mówiła, że ma coś, co go koi…Tak bardzo się wtedy bałem.

Bałeś się Jej?
Bałem się, że nieświadomie mogę Ją zranić; że zasnę, a gdy wstanę, Jej już nie będzie. Przerażała mnie świadomość Jej straty – paraliżowała moje ciało i odbierała tlen. Strach zagnieździł się w moim sercu i przez bardzo długi czas nie wiedziałem, jak go wypędzić. Była powodem tego lęku, ale jako jedna z nielicznych najlepiej wiedziała, jak go ujarzmić.

Nauczyła Cię tego?
Musiałem długo czekać, gdy wreszcie się na to zdecydowała.

 
.
 
Zamknięta w swoim świecie, wsłuchiwała się w szum własnych myśli, które niczym pajęczyna na wietrze unosiły się w jej głowie – czuła, że wszystko to, o czy marzyła, i co uprzednio dokładnie zaplanowała, zaczynało wymykać się spod kontroli, nie reagując na ciche jęki protestu i niezadowolenia, które usilnie wykrzykiwała, tak naprawdę nie wkładając w to ani grama szeptu. Spod przymkniętych powiek obserwowała podrzucane przez jej wyobraźnię obrazy szczęśliwe spędzonych chwili, uśmiechając się nieznacznie i zabawnie poruszając malutkim noskiem. Nie przypuszczała wtenczas, że ktoś z nieśmiałym uśmiechem na ustach obserwuje każdy, nawet najdrobniejszy ruch jej drobnego ciała czy bladej twarzyczki.

Koniuszkiem języka przejechał po górnej wardze, przez co jego jasnoróżowe podniebienie ukazało się na milisekundy, kiedy na krótko rozwarł wargi, ziewając. Wpatrywał się w jasną twarz brunetki – długie rzęsy rzucały cień na blade policzka, a cienka skóra powiek, pokryta prawie niewidocznymi niebieskimi żyłkami, poruszała się nieznacznie, kiedy jej gałki oczne przemieszczały się podczas snu. Miał wrażenie, że karmazynowe usta dziewczyny wysyłają mu zaproszenia do pocałunków; kilka razy poruszyła nim, nieświadomie zwilżając wargi koniuszkiem języka. Marszczyła przy tym nos, jakby chcąc odpędzić przysiadające owady, które w sekrecie chciały zdradzić jej drobnym uszom swe największe tajemnice. Odchylił lekko głowę, a do jego nozdrzy doleciał słodki zapach pomarańczy.
  
Pomarańcze...?
 
Jej włosy nimi pachniały. Często porównywała mnie do narkomana – Ona była moją heroiną, zapach Jej włosów amfetaminą, bez której nie potrafiłem wtenczas funkcjonować.



 
 
.
 
– Godzinny postój, proszę o opuszczenie autokaru.
 
Ochrypły głos kierowcy zdołał przebić się przez szczelną zasłonę, utkaną z jej obaw i trosk. Z wolna uniosła swe ciało i, krok po kroku, podążyła za obcymi dla niej ludźmi, kątem oka rejestrując jedynie, iż na twarzy idącego za nią bruneta maluje się rozleniwienie. Znalazła się na płaskiej, asfaltowej powierzchni. Skuliła się w sobie, krzyżując zmarznięte dłonie na piersi. Zielonkawym, pozbawionym blasku wzrokiem obserwowała wszystko dookoła – szukała chłopaka z burzą loków na głowie. Jej słabe serduszko podpowiadało jej, że przy nim zdaje się być bezpieczna.
... wtedy, stojąc samotnie na tym parkingu, wydawała się taka bezbronna.
 
Do czego byś ją porównał?
Do dziewczynki, która, szukając zaginionej zabawki, zgubiła się w tłumie.
Mała, zagubiona w wielkim świecie duszyczka...
 
... potrzebowała kogoś, kto ją obroni, kto się nią zajmie.
 
 
Byłeś kimś takim?
Chciałem być.
 
.
 
Primabalerina bez nogi.
Śpiewak bez głosu.
Malarz bez oczu.
I ja człowiek z wyrokiem.
Ja więźniem, przedwczesna śmierć mym wyrokiem.”
 
Utkwił wzrok w ciemnoskórym mężczyźnie, który szybkim ruchem ujął w dłoń szklankę, na której dnie połyskiwały niedopite resztki bursztynowego alkoholu, by po chwili, uprzednio napełniwszy ją do połowy  ciemnawą cieczą, przesunąć ją po nieco zniszczonej barowej ladzie w stronę ciemnowłosego młodzieńca. W momencie kiedy jego wargi zetknęły się z zimnym szkłem, a kubki smakowe z alkoholem, poczuł na swej twarzy natarczywy wzrok osoby, które przed chwilą zajęła miejsca nieopodal jego. Odłożył szklankę i odwrócił głowę, wzrokiem napotykając przestraszone spojrzenie rumiankowych tęczówek.
Nie odwróciła głowy, obserwując mięśnie twarzy bruneta, którego wargi nieznacznie rozwarły się w chwili, gdy ich spojrzenia po raz pierwszy spotkały się na milisekundy. Obserwowała, jak mimowolnie przejeżdża koniuszkiem języka po dolnej wardze, by po chwili kąciki jego ust mogły się unieść w nieznacznym uśmiechu.
Co podać? Colę z wódką? – Do ich uszu dotarł znudzony głos barmana, który pochylał się nad blondynką, opierając się oburącz o zniszczony blat.
Nie, nie, żadnego alkoholu! - Jej głos ociekał stanowczością, a pojedyncze kosmyki opadły na zaróżowione policzka. Zdołała usłyszeć cichy śmiech, zanim poczuła, że po jej ciele przechodzi fala naprzemiennego gorąca i zimna, a do oczu napływa bezbarwna ciecz. Jej wątłe serce biło szybko, a na czole wystąpiły gdzieniegdzie kropelki potu, w którym kryły się cząsteczki przerażenia.
Jej szczupłe palce w krótkim czasie natrafiły na twarde opakowanie, które po chwili pojawiło się przed jej oczyma. Przełknęła ślinę, próbując otworzyć białą buteleczkę. Miała wrażenie, że w jej głowie zagnieździł się potwór, który właśnie w takich chwilach udowadniał jej, jak mało znaczy - zdjęta strachem, obojętna wobec tego, co było jej pisane. Zagryzła wargę w chwili, gdy biała buteleczka wyślizgnęła się z jej pomalowanych farbą przerażenia dłoni, a okrągłe pastylki wysypały się na kamienną podłogę. Objęła się mlecznobiałymi rękami, przez chwilę czekając na krzyki tych, którzy towarzyszyli jej od tak dawna, a do których obecności jeszcze się nie przyzwyczaiła - wyobrażała sobie pogardliwe oblicze śmierci, która stała tuż za nią i przyglądała się jej poczynaniom.
Nie kontrolując swych ruchów, przygnieciona faktami, które nigdy nie powinny dojść jej uszu, oraz bólem, unosiła ręce w górę, palce wplatając w ciemne kosmyki. Pieśń płynąca z jej serca przerywana była cichym łkaniem jej duszy, która, spętana więzami cierpienia i niezrozumienia, każdego dnia wygrywała ten sam hymn.
Pozwoliła, by z jej gardła wyrwał się cichy jęk, a z oczu popłynęła pojedyncza łza. W krótkiej chwili znalazła się tuż przy kamiennej posadzce, długimi palcami wyszukując białych tabletek.
–  To silny lek. – Usłyszała niski głos, tuż obok prawego ucha.
Uniosła głowę. Spoglądał w jej szmaragdowe, pozbawione blasku oczy i kąciki ust, w których kryły się okruchy smutku i zrezygnowania, gdy jej drobne palce nieśpiesznie podążyły w stronę jego dłoni. Powolutku, jakby nieświadoma upływającego czasu, wyjmowała z niej białe tabletki. Przyglądał się, jak powolnie wrzuca je do buteleczki, by w rezultacie jedną zostawić na wewnętrznej stronie bladej dłoni. Nie odwrócił wzroku nawet w chwili, gdy gąbeczki jej warg zetknęły się ze skórą. Nie otwierała oczu jeszcze przez krótki czas, a gdy to zrobiła, jej lękliwe spojrzenie spoczęło na jego twarzy. Delikatnie przechyliła głowę, unosząc nieznacznie kącik ust.
 
Obserwowała?
Tak, to było wpisane w Jej naturę. Lubiła analizować, obserwować i dochodzić do własnych wniosków. Często znienacka wypowiadała zdania, które w pierwszej chwili były dla mnie mało zrozumiałe, niemalże niedorzeczne, ale kiedy spoglądałem w Jej zielone tęczówki, w których połyskiwały iskierki nadziei na to, że ktoś Ją zrozumie, że będzie tego chciał, wtedy zdawałem sobie sprawę, że jesteśmy do siebie podobni. Nie pragnęła wiele – potrzebowała czasu, miłości i osoby, która w każdej chwili będzie w stanie podać jej kubek z ulubioną herbatą czy szepnąć, że nie może się bać, bo jest dużą dziewczynką. Nie różniliśmy się od siebie tak bardzo, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Potem było już za późno…

Do jakich doszła wtedy?
Mówiła,że zwróciła uwagę na moje oczy – bez jakichkolwiek oznak litości. I miała rację, wiesz? Nigdy nie patrzyłem na nią przez pryzmat choroby, czy tego, kim się z czasem stawała…

 
.
 
Powoli zmierzał w stronę autokaru, dwukrotnie odwracając głowę, by za każdym razem ujrzeć jej pochyloną sylwetkę i twarz, którą zasłaniały pojedyncze kosmyki czekoladowych włosów. Mroźny wiatr szczypał jej zaróżowione policzka, ale nie zwracała na to większej uwagi, zbyt zaabsorbowana nieustanną gonitwą myśli. Po kilku metrach, które zdawały się jej być kilometrami, powoli wspięła się po schodkach, z wolna zmierzając w stronę wolnego miejsca.

Usiadła koło Ciebie?
Tym razem nie. Potem tłumaczyła, że się bała...
 
Czego?
Moich oczu... tego, co w nich ujrzała.
 
A co w nich zobaczyła, Nick?
Wszystko to, co starałem się ukryć przed światem... – życie nauczyło mnie udawać, a ja poddawałem się temu, co zawładnęło moim losem. Miałem wrażenie, że zostałem stworzony, by cierpieć – Bóg stworzył mnie, by porzucić na pustyni zbytku. Umierałem każdego dnia, by kolejnego, niczym feniks z popiołów, odrodzić się na nowo, lecz już nie jako silny i pewny, a karykatura swojej osoby. To Ona otworzyła mi oczy i pokazała w lustrze prawdy to, kim się stałem. Wyrwała mnie z letargu, który z każdym dniem ciągnął mnie ku dołowi… i, kiedy myślałem, że za chwilę nastąpi mój koniec, złapała i nie chciała puścić.
 
 
 

 
.
 
Przelotny uśmiech igrał na jego ustach, kiedy kakaowymi tęczówkami śledził powolne, jakby niepewne ruchy młodziutkiej brunetki, która wtenczas jawiła mu się w nieśmiałych promieniach słońca jako niesamowicie krucha laleczka, którą w stanie unicestwić jest nawet najmniejszy, zbyt gwałtowny ruch czy słowo. Jego natrętny wzrok przebijał się przez bezbarwne szyby, na których osiadały niewidzialne drobinki kurzu, po to tylko, by w następnej chwili spuścić głowę i w niemym zachwycie delektować się delikatnością, która wyzierała z każdej najmniejszej cząstki jej kruchego ciała.
W mgnieniu oka pokonał kilka stopni, które dzieliły go od nierównej powierzchni betonowego chodnika – przystanął w miejscu, po chwili odwracając głowę, gdy w okolicach żeber poczuł subtelne muśnięcie kobiecych dłoni.
– Odezwę się jeszcze. – Zdążyło dolecieć do jego uszu, kiedy kątem oka obserwował, jak drobna sylwetka brunetki z każdą sekundą oddala się coraz bardziej. Uśmiechnął się kpiąco, bagatelizując wibracje dochodzące z kieszeni jego znoszonych Levi'sów.
 
Brązowa torba upadła tuż obok jej prawej nogi, a z ust wyrwało się ciche westchnienie, które dusiła w sobie od dłuższego czasu. Uśmiechnęła się słabo, unosząc nieco głowę. Do jej uszu doleciał niski głos, który od razu rozpoznała, słysząc go przedtem zaledwie parę razy.
– Uciekasz, prawda? – Odwróciła się powoli, tak że teraz dokładnie widziała jego twarz. Gdy nie odpowiedziała, dodał: – Przed czym?
Postąpiła parę kroków, czego się nie spodziewał, nadal patrząc mu w oczy. Przez myśl przemknęło mu po raz kolejny dzisiejszego dnia, że są naprawdę ładne.
– Naprawdę chcesz wiedzieć? – zapytała nieco ironicznie. Po chwili jednak spoważniała, a mięśnie jej twarzy napięły się: – Uciekam przed śmiercią.


Nie przeraziło Cię to?
Później zastanawiałem się nad tym wielokrotnie i za każdym razem dochodziłem do wniosku, że Jej słowa nie miały prawa wywołać we mnie lęku. (…), bo wiesz, ja sam uciekałem przed śmiercią, którą sam nieświadomie sobie zadawałem; moim największym wrogiem byłem ja sam. Jej było o wiele, wiele potężniejszy…
 

Siedzieli na ławce, a z szarawego nieba spływały białe gwiazdeczki, które osiadały na ich włosach i płaszczach. Wszechogarniająca cisza trwała od dobrych kilku minut, kiedy zostali sami, mogąc obserwować, jak śnieżnobiały autokar odjeżdża, a ich pochłania huragan niezręcznego, krępującego milczenia. Opuszkami palców gładziła materiał torby, co kilka chwil wydobywając z siebie cichy jęk.
Nie musisz tu ze mną siedzieć, możesz iść. – Przeniosła zielonkawe spojrzenia na bruneta, który w tej samej chwili uniósł głowę. – Praktycznie w ogóle się nie znamy.
Co chcesz teraz zrobić? Masz jakiekolwiek pieniądze? – Patrzył na nią wzrokiem przepełnionym nutką rozbawienia i politowania. Gdy zamiast odpowiedzieć, spuściła głowę, zasłaniając kaskadą brąz włosów twarz, dodał: – Jakikolwiek plan?
–  Nie, ale poradzę sobie, jak mówiłam, nie musisz czuć się za mnie odpowiedzialny.
Zostanę. – Wstał, wyciągając do niej rękę, którą po chwili, mimo wahania, ujęła. – Nie zostawię cię samej.
Miałeś kiedyś wrażenie, że przypadkowo spotkana osoba nie została postawiona na Twojej drodze bez powodu? Że, mimo iż nie zamieniliście ze sobą praktycznie ani jednego słowa, znasz ją?
Tak, chyba tak…
Tak było w moim przypadku tamtego dnia. Kiedy na Nią patrzyłem, nie widziałem ślicznej dziewczyny, którą bez problemu mógłbym zaciągnąć do łóżka i przelecieć w podrzędnym hoteliku, lecz człowieka, który tak bardzo przypominał mi samego siebie sprzed kilku lat. Oboje uciekaliśmy, oboje chcieliśmy żyć po swojemu. Wtedy połączył nas wspólny cel, z czasem coś o wiele głębszego…

Nigdy nie dopuszczałeś do siebie myśli, że tamtego dnia po prostu się zakochałeś?
To nie była miłość, ani zauroczenie – nie wtedy. Czułem, gdzieś w środku, że nie mogę Jej zostawić – chyba już wtedy, tak naprawdę w ogóle Jej nie znając, żyłem w przeświadczeniu, że jestem za Nią odpowiedzialny; była przecież zbłąkaną owieczką,która miała za zadanie sprowadzić mnie ze złej ścieżki, a ja miałem ofiarować Jej coś, czego wówczas w sobie nie dostrzegałem.
 
 
*fragment wiersza autorstwa Robiwana

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz