niedziela, 1 września 2013






09. „A może był stworzony, by trwać choć jedną chwilę obok Twego serca?”* 

Kończy się coś, co zaczęłam trochę ponad dwa lata temu. Kończy się tak fizycznie, na papierze, bo mam wrażenie, że w mojej głowie będą wciąż obecni, tak samo realni i piękni jak na początku. Jestem dumna, że wreszcie po kilku latach mniej lub bardziej twórczego pisania dobrnęłam do końca, przedstawiając Wam ich losy. Jednocześnie odczuwam smutek, bo żegnam się z czymś, co w tak olbrzymim stopniu było odbiciem mnie samej moich lęków, słabości czy marzeń. Mogę mieć tylko nadzieję, że nie zawiodłam jako pisarka, jak i osoba.
(Tylko ja wiem, ile łez uroniłam w trakcie tworzenia tej historii, ile kubków herbaty wypiłam nocą, w akompaniamencie szybciej bijącego serca i wyobraźni na najwyższych obrotach)

Czytajcie powoli, delektujcie się słowem, wypatrujcie miłości!

 

*

 

trzy miesiące później, czerwiec

 

Białe, szpitalne ściany zawsze go przerażały. Gdy powoli, nierównym krokiem, pokonywał korytarze, omijając co jakiś czas pacjentów ubranych w te same piżamy, a w spojrzeniach pielęgniarek doszukując się najgorszego, zastanawiał się, co powie, a co przemilczy. Zaschło mu w ustach, w uszach szumiało. Ujrzał pierwsze stołki – białe, składane – i ciemne włosy brata. Chciał się uśmiechnąć, ale nie umiał – potem pomyślał, że nie wypada. Poczuł obce palce na swoich plecach i ramiona trzymające go w mocnym, braterskim uścisku. Nie słyszał słów wypowiadanych przez nie jego usta, zagłuszył myśli tłoczące się w głowie. Pamiętał tylko ten lęk pod powiekami, krzyczący o niej i przez nią.
– Wiedzą już coś? – zapytał cicho. Opadł na pobliskie krzesło, bo nie był w stanie ustać na własnych nogach.
– Niewiele. Ciągle jakieś badania – odparł Joseph i poklepał go po plecach, choć wiedział, że w żaden sposób mu to nie pomoże. Innego Nicka pamiętał.
Oparł łokcie na udach, pochylając się do przodu i tępo wpatrując się w gumolit na szpitalnej podłodze. Nic nie jadł od rana, ale nie czuł głodu – poza tym jednym; głodem poznania, pragnieniem ocalenia.
– Panie Jonas, możemy porozmawiać? – zapytał powoli i wyraźnie dopiero co przybyły lekarz. Na jego twarzy nie było uśmiechu, zabrał mu nawet to: nadzieję. – Panna Gosling jest w bardzo złym stanie. Jest osłabiona i mocno wycieńczona. Podaliśmy jej kroplówkę i środki farmakologiczne, ale nie nastąpiła znacząca poprawa. – Przerwał, by zaczerpnąć tchu. Spoglądał na twarz człowieka stojącego przed nim i szukał w głowie odpowiednich słów – zawsze było mu ciężko mówić o śmierci. – Najprawdopodobniej jej organizm odrzuca przeszczep.
– Nie możecie temu zaradzić, pomóc jej? – Słyszał ból w swoim głosie, znów był bliski łez.
– Robimy wszystko, co w naszej mocy, by uratować jej życie, ale jej stan jest na tyle poważny, że nasze działania mogą nie przynieść zamierzonych efektów.
– Czy… – zaczął, po chwili przerywając. Nieświadom swoich poczynań, oddalił się od mężczyzny i zaczął chodzić od ściany do ściany, pocierając skroń drżącą ręką. – Czy są jakiekolwiek szanse na przeżycie?
– Niewielkie, panie Jonas – odpowiedział po chwili milczenia lekarz. – Być może zostało jej niewiele ponad kilka godzin życia, nie jesteśmy w stanie tego określić. Bardzo mi przykro – dodał na koniec, choć on już tego nie słyszał, był ponad to.

 

.

 

Zacisnęła palce na drewnianym krześle i przymknęła powieki. W głowie jej wirowało, nie była w stanie rozpoznać głosu, który przenikał ściany i trafiał prosto w jej serce. Czuła suchość w gardle i strach wspinający się po rusztowaniu jej kości – był w jej środku, przemieszczał się, ukrywał. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła setki obrazów ze swojego życia – od chwili narodzin aż do teraz. Przewijały się niczym klatki w filmie, różniły wielkością, kolorem, ostrością. Chciała krzyknąć, ale z gardła nie wydostał się żaden dźwięk; była bezbronna. Domyśliła się, co to znaczy i co zwiastuje, nim głośny syk przeciął ciszę:
– Idę po ciebie…

 

.

 

Wziął głęboki oddech i szybkim krokiem przekroczył próg szpitalnej sali. Leżała na łóżku, skulona, przykryta bladoniebieską pościelą. Gdy do niej podszedł, posłała mu nieśmiały uśmiech.
– Tęskniłam – szepnęła, ściskając kurczowo palce jego prawej dłoni. – Strasznie tu nudno bez ciebie.
– Mam dla ciebie niespodziankę. – Przełknął ślinę i popatrzył jej w oczy. – Pomogę ci się ubrać, a potem pojedziemy w pewne miejsce. Obiecałem cię tam kiedyś zabrać – dodał, wyjmując z reklamówki czarną sukienkę w duże, czerwone róże.
– Nie jestem pewna, czy mogę wyjść ze szpitala, Nick – odparła, oblizując wargę.
– Rozmawiałem z twoim lekarzem i nie ma nic przeciwko. – Podał jej ubranie i pomógł się ubrać. – Pobyt tutaj ci nie służy, Nomelle, jesteś z dala od tych, którzy cię kochają. Chcę, żebyś była blisko, rozumiesz? – W jego głosie nie było jeszcze bólu, była miłość, drżąca pod dotykiem jego palców, roniąca łzy jedna za drugą.
– Mhm – mruknęła i pocałowała go w policzek. – Też chcę cię mieć przy sobie, Nick.

 

.

 

Wsiadł do taksówki, z nią w swoich ramionach. Cicho podał kierowcy adres i skierował swoje spojrzenie na jej bladą ze zmęczenia twarz. Pogładził skórę jej policzka, w duchu myśląc, że nie przeżyje tak wielkiej straty. Kosmyk ciemnych, dziewczęcych włosów włożył za ucho.
– Dokąd jedziemy? – zapytała, wpatrzona niespokojnym spojrzeniem w jego twarz, pełną strachu i niewypowiedzianego bólu.
Tam, gdzie wszystko się zaczęło. – Zbliżył swoje usta do jej czoła i złożył na nim krótki pocałunek. – Gdzie my się zaczęliśmy.
Długo patrzyła mu w oczy, nim cienka skóra powiek przysłoniła ukochane tęczówki. Trzymał ją kurczowo w klatce swoich ramion; drżącą i oblepioną potem. Patrzył prosto przed siebie, jakby bojąc się zerknąć w jej kierunku – choć czuł ciężar jej ciała i słodki oddech pieszczący jego szyję, lękał się nie ujrzeć jej wcale. Podświadomie wiedział, że moment rozstania jest już blisko – że słońce nie wzejdzie, nim on odda jej ciało i duszę komuś innemu, może lepszemu. Zaschło mu w ustach, a wilgoć zaległa na końcówkach rzęs, które co kilka chwil opadały na papierową skórę policzka, niczym strażniczki broniące ujścia słonym kroplom żalu.
Zapłacił i niezdarnie wyszedł z pojazdu, nadal chroniąc ją w swoich ramionach. Na swej twarzy poczuł krople deszczu, a kilka lat później pomyślał, że tamtego dnia Bloomfield płakało wraz z nim. Zacisnęła drobne palce na jego koszuli, a gdy na nią spojrzał, wyczytał z jej oczu szczęście na widok tej starej, obrypanej kamienicy oraz na wspomnienie dni, które złączyły ich losy na zawsze, od początku do końca. Bezszelestnie minął drzwi z nazwiskiem „Alfred Schmidt” i cierpliwie, stopień po stopniu, posuwał się w stronę ich dawnego lokum, gniazda zakochanych.
– W lewej kieszeni, Nomelle – powiedział cicho, prawie bezgłośnie. – Kluczyki do mieszkania.
Wyjęła je, a trzask zamka – zaraz obok bicia ich niecierpliwych serc i ulotnych oddechów – był jedynym dźwiękiem burzącym ciszę tego miejsca i tamtych dni. Przekroczył próg, zatrzymując się po kilku krokach i chłonąc całym ciałem zapach wspomnień zaległych w białych ścianach i zakurzonych meblach. Jeszcze pamiętała posmak pożegnania i obietnicy spijanej z jego warg. Niespodziewanie, poczuł nacisk jej palców na swoich ramionach, usłyszał cichy szept w powietrzu i ujrzał jej łydki wymykające się jego dłoniom.
– Mogę chodzić, Nick – powiedziała cicho, tak trochę wstydliwie.
– Wiem, że możesz, ale to właśnie w moich ramionach jest twoje miejsce. – Podszedł do niej od tyłu i, obejmując ją w tali, szepnął do ucha: – Twoja ochrona, kryjówka, azyl i dom; pamiętasz? – Zaciągnął się jej zapachem jak najlepszym papierosem i nieznacznie rozwarł wargi, trwając tak przez kilka chwil. – Herbaty? – Ujął jej palce w swoje i pociągnął w stronę kuchni.

 

.

 

Oblizał wargi, na których znać było smak zastygłych słów. Oczy ukrył za kurtyną cienkich powiek, a palce drżące od niepewności nieświadomie wbijał w twardy materac. Czuł pot wzdłuż kręgosłupa i trzepot myśli w głowie, oderwanych jedna od drugiej. Gdy usłyszał brzęk tłuczonego szkła, zerwał się szybko, zastanawiając się, dlaczego okazał się takim głupcem i zostawił ją samą, samiuteńką, kiedy mieli tak niewiele czasu – tego wspólnego, tylko dla niej i dla niego. Ujrzał jej skuloną sylwetkę nad potrzaskanym, czarnym kubkiem.
– Twój ulubiony, Nick… – wyszeptała i spojrzała w jego stronę, oczami pełnymi lęku i zmieszania. – Ja nie chciałam, naprawdę, po prostu zakręciło mi się w głowie i na chwilę zrobiło ciemno przed oczami. Musiałam go zrzucić, kiedy chciałam przytrzymać się blatu – mówiła dalej, trzęsącymi się rękoma dotykając co większych kawałków stłuczonego naczynia. – Nie wiem, co się ze mną dzieje, Nick. Czuję się taka słaba, choć w środku odczuwam tak wielkie szczęście…
– Spokojnie, to tylko kubek, w domu mamy setki innych. – Ujął jej dłonie w swoje i pomógł wstać. – Chodź do mnie, Nomelle, chcę cię w swoich ramionach bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – wyszeptał nagle, a w jego głosie  znać było smutek i delikatne tony głęboko skrywanej rozpaczy.  
Przylgnęła do niego całym ciałem, jakby mając nadzieję, że ukoi w ten sposób jego ból. Gdy pocałowała go w szyję, w nabrzmiałą od krwi tętnicę, zagryzł wargę i potarł lewą ręką skroń. Łzy osiadły na jego rzęsach niczym płoche motyle, gotowe do ponownego lotu, a on miał wrażenie, że zaraz się rozpadnie – w sobie, z jej imieniem na suchych wargach.

 

.

 

Nie chciała spojrzeć mu w oczy – nie byłaby w stanie znieść tęsknoty, która na co dzień przybierała wyraźny kształt jej imienia, ani poczucia przegranej, bo do snu miała go tulić od jutra jedynie cisza odwykła od jej melodyjnego głosu. Z ręką nieopodal jego serca rozglądała się po jasnej kuchni. Poczuła jego pocałunek na czubku głowy i na kilka chwil mocno zacisnęła powieki.
– Jest mi strasznie duszno, możemy otworzyć okno? – Uniosła głowę i potarła nosem jego żuchwę; poczuła delikatny zapach męskich perfum. – I usiąść tam? – Wskazała głową turkusowe kafelki i niewielkich rozmiarów grzejnik.  
– Potrzebujesz jeszcze czegoś? – zapytał, gdy usiadł w miejscu, które wskazała, i wziął ją na kolana. Kiedy pokiwała przecząco głową, a on przez chwilę zapatrzył się na różę na jej sukience, dodał cicho, tak trochę odlegle: – Zawsze gdy dzieje się coś złego, znajduję cię na kuchennych kafelkach.
– A co złego dzieje się w tej chwili? – zapytała, pocierając cienką skórę zaróżowionego policzka. – Poza tym, że umieram, Nick? – dodała po chwili słabym głosem. Rzucił zlęknione spojrzenia na jej twarz i machinalnie pokręcił przecząco głową, jakby chcąc przekonać samego siebie, że to wszystko nieprawda. – Żyję z tym sercem od dwudziestu lat i jeszcze nigdy nie było tak źle. Trudno mi oddychać, pocę się, kręci mi się w głowie – wymieniała, z nosem nieopodal jego obojczyka. – Umieram, smak śmierci jest na moim języku*, rozumiesz? – szepnęła mu w usta, które chwilę później przykryła swoimi wargami.
– Umierasz – powtórzył otępiale, jak echo, głosem cichy i pustym, pozbawionym emocji. – Odchodzisz, a ja nie mogę… – Zacisnął mocno powieki. – … nie umiem cię zatrzymać.
– Po prostu pozwól mi odejść – szepnęła, a dźwięk jej głosu zatonął w ciszy. – Pozwól mi odejść tak, jak ja pozwoliłam ci zostać w moim życiu o tych kilka chwil dłużej. – Przytuliła swój policzek do jego, chłonąc zapach ukochanego ciała. Przymknęła zmęczone powieki. – Pozwól, bo czas nie będzie na nas czekał.*
– Nie musi, niech nie czeka, niech biegnie, ucieka... – Jego drżące palce zatonęły w jej ciemnobrązowych, poskręcanych włosach. Dotykiem szukał emocji zaległych na dnie serca, tak skrzętnie skrywanych przed jego oczyma. – Nie pozwól mu –  jej – Cię zabrać, Nomelle, nie pozwól… – Uchwycił jej bladą dłoń, przyłożył do ust i złożył na niej krótki pocałunek spierzchniętych warg. – Proszę, błagam…
– To trudniejsze niż myślałam – powiedziała cienkim głosem. – Odchodzenie, przemijanie. Umieranie, Nick – dodała cicho, najciszej jak tylko umiała. Jej palce, o paznokciach zanurzonych w krwistej czerwieni, gładziły jego skórę, zroszoną kroplami strachu. – Tak trudno po prostu zamknąć oczy, wyciszyć umysł i serce, poddać się temu, co nieuniknione, co bliskie. Tak bardzo bliskie, o krok, o jeden oddech… – powtórzyła otępiale, błądząc rozmydlonym spojrzeniem po kuchennych ścianach.
– To za szybko, Nomelle. Za szybko, słyszysz? – Ujął jej twarz, zmęczoną i pokrytą brudem choroby, ścierając z niej drobiny śmierci. Zdała mu się taka krucha, taka odległa. – Nie jestem jeszcze gotowy, nie umiem i nie chcę bez ciebie, rozumiesz? – Przytknął swoje wargi do jej, spijając z nich lekki uśmiech.
– Niewielu jest gotowych stanąć oko w oko ze śmiercią, Nick – szepnęła, gładząc jego dłoń opartą na jej policzku. – Ja nie jestem, tak naprawdę nigdy nie byłam i może dlatego tak długo udawało mi się z nią pogrywać. – Starła kciukiem łzę chwiejącą się na jego rzęsie, po chwili zostawiając jej smak na swej wardze. – Widzisz, każdy ma własną śmierć. Ona idzie za nami wszędzie, przez całe życie, krok w krok.* Ze mną wreszcie się zrównała i już mnie nie puści. Nie boję się, wiesz? – dodała po krótkiej chwili milczenia, łapiąc spojrzenie jego tęczówek.
– Nie boisz się? – powtórzył otępiale i głośno przełknął ślinę, chcąc zwilżyć podrażnione suchością gardło. – Ja się boję, boję się za nas oboje.
– Opowiedz mu o mnie – powiedziała nagle cichym głosem. – Pokaż mu najlepszą wersję mnie…
– Jak mam to zrobić? – Jego zachrypnięty głos ociekał lękiem. – Jak opowiedzieć twój strach, twoje oczy, jak opisać śmiech i barwę głosu? – Starł z jej czoła krople potu i dotknął ustami czubka głowy.
– Poradzisz sobie – odparła, a gdy rozchylił wargi, by odpowiedzieć, dotknęła ich palcem i wyszeptała: – Ciii, nie mów nic, pomilczmy, Nick.
Spełnił jej prośbę – pozwolił zanurzyć się w atmosferze powolnego odchodzenia. Trzymał ją w swoich ramionach, z minuty na minutę mocniej zaciskając palce na jej kruchym ciele – miał nadzieję, że dzięki temu na jeszcze trochę, na kilka chwil, odpędzi moment ostatecznego rozstania. Bał się nie usłyszeć jej głosu, spojrzeć na twarz zastygłą w bezruchu, dotknąć skóry pozbawionej ciepła. Bał się, że to już, że teraz… I tylko jej rozpalone wargi na jego szyi, delikatna pieszczota oddechu, powolne unoszenie się klatki piersiowej, ciche szepty, półsłówka w gęstej ciszy – …i tylko te ślady świadczące jeszcze o jej istnieniu były mu nadzieją, otuchą dla nadwątlonych sił.
Jej pot znaczył jego skórę, a drżenie ukochanego ciała sprawiało, że zachłanniej brał ją w ramiona, obejmował i przylegał swoją piersią do jej, jakby pragnąc ostatni raz otoczyć ją opieką, ochronić przed tym, co nieuniknione. Scałowywał łzy z jej powiek, gorączkę z zaczerwienionych polików i miłość z kącików ust. Nie widział jej niemych próśb, wypisanych w rumiankowych tęczówkach, gdy gładził jej włosy, a cichy szmer ulotnił się z jego gardła. „Oddaję cię niebu w depozyt”, szepnął wówczas, bo poczuł – w tej jednej sekundzie – że chwila, przed którą tak się wzbraniał, której chciał uniknąć za wszelką cenę, właśnie nadeszła. Spojrzał na jej twarz, teraz tak błogą i subtelną, i długo wpatrywał się w jej szeroko otwarte oczy. Jego rozchylone wargi, jakby gotowe do krzyku, zamarły w bezruchu, gdy błądził palcami po jej skórze. Przerażenie wylewało się z jego twarzy, aż wreszcie cichy szept jej imienia, powtarzany ciągle i ciągle, przerwał złowieszczy bezgłos. Szept przerodził się w ryk człowieka, któremu rozdzierano dusze, brutalnie wyrywano z rąk szczęście, powód jego egzystencji – urodził się w końcu, by kochać i być kochanym. Donośny krzyk przeplatany symfonią łez tonął w brązie jej włosów, ginął w cienkich ścianach, roznosił się echem po okolicy.

Pamiętał potem, że w pierwszej chwili nie zauważył jego przybycia, rąk próbujących swym dotykiem skalać jej martwe ciało ani okrzyku strachu czy cichych próśb, by dał sobie pomóc. I gdy wreszcie dotarło do niego, co rozgrywa się na jego oczach, a czego jest biernym członkiem, pomyślał, że Bóg z niego kpi, zsyłając na ratunek starca, którego nawet nie lubił. Z początku tylko kręcił głową, cicho powtarzając, że nikomu jej nie odda, że ona jest jego, a potem wykrzykiwał groźby, kuląc się z nią na swoich kolanach jeszcze bardziej, chcąc przeniknąć ją wskroś, stać się jednością. Bolało go jego spojrzenie, przesiąknięte żalem i troską – nie wiedział, czy o nią, czy o niego – bolała go litość odmalowana na jego twarzy.
Słone krople spadały na jej blade poliki, gdy wkładał jej kosmyk włosów za ucho lub szeptał, że nie musi się bać, bo on tu jest, bo ją obroni. Wreszcie został sam, a kiedy myślał, że to już koniec, że już nic im nie grozi, znów zobaczył jego twarz, tak samo smaganą cierpieniem jak przedtem. I tylko tych rąk, tych obcych gęb było więcej… Prosił i błagał, by jej nie zabierali, wyklinał i groził, że jeszcze popamiętają (…).
Został sam, samiutki jak palec, a przed oczami miał tylko jej drobne ciałko w plastikowym worku.

 

Jak przetrwać?
Możesz krzyczeć o swoim smutku, możesz milczeć o bólu, możesz udawać, możesz…
Ty nie krzyczałeś.
Krzyczałem w środku, każdego dnia.
Wstydziłeś się mówić?
Nie wiedziałem, jak mówić, co powiedzieć, od czegoś zacząć. Jednocześnie to milczenie, ta cisza tak niesamowicie mi ciążyły. Chciałem mówić, wygadać ból i rozpacz, wyrzucić z głowy desperackie myśli, ale nie wiedziałem, kto chciałby słuchać. Ludzie boją się cierpienia, tego cudzego chyba jeszcze bardziej niż własnego.
(…)
 
Czasem jest tak, że nastawiasz wodę na herbatę i wyjmujesz dwa kubki zamiast jednego – z roztargnienia albo z tęsknoty za tym widokiem. Albo wychodzisz do sklepu i krzyczysz głośno, co jej kupić, bo wydaje ci się, że znowu siedzi z książką w wannie. I przynosisz do domu czekoladę z rodzynkami, choć jej nie lubisz, ale wiesz, że to jej ulubiona. Czasem po prostu zapominasz, że jej nie ma, a czasem wmawiasz sobie, że nie odeszła, bo wtedy to wszystko trochę mniej boli.

 

.

 

 kilka dni później

 

Drugi raz ledwo co uniknął upadku, gdy biegiem pokonywał odległość dzielącą go od miejscowego kościoła. Czuł pot wzdłuż kręgosłupa, w miejscu gdzie błękitna koszula, na wpół rozpięta, ciasno przylegała do ciała. Czarne włosy rozwiewał wiatr, a spierzchnięte wargi, ułożone w grymas bólu, co kilka chwil rozwierały się na milisekundy, by mógł złapać oddech. Jeszcze przed minutą słyszał dźwięk dzwoniącego telefonu, ale nie miał siły ani ochoty, by sięgnąć ręką do kieszeni czarnych, tak rzadko noszonych, eleganckich spodni. Wiedział, kto i po co dzwoni. Łzy zawodu i gniewu zbierały się pod powiekami, balansując na cienkich rzęsach, nim przetarł je rękawem marynarki. Gdy wreszcie dotarł na miejsce, a przed jego oczami zawirował potężny budynek, przystanął przed kilkoma betonowymi schodkami, oparł dłonie na ugiętych kolanach i wpatrzył się w mosiężne drzwi. Wyobraził sobie jej drobne ciało w trumnie, fotografię, którą sam wykonał, zamkniętą w drewnianej ramce i przepasaną czarnym kirem. Bał się tego widoku, lękał się spojrzeń i gestów, które nijak były w stanie zwalczyć lub chociaż zminimalizować cierpienie, które co noc rozsadzało mu pierś.
Jego uszu dobiegły dźwięki pożegnalnej pieśni, a chwilę później znajomy głos, na którego brzmienie przymknął powieki i mocno zagryzł wargę. Nacisnął klamkę i przekroczył próg, przystając u samego wejścia. Błądził wzrokiem po niewielkim tłumie zgromadzonym w świątyni, aż wreszcie na dłużej zatrzymał się na mównicy. Cisza osiadła na wargach obecnych, gdy stopniowo, posuwistym krokiem przesuwał się w stronę ołtarza, unosząc rękę w geście powitania lub posyłając uśmiechy zabarwione drwiną, dostrzegłszy przez zamglone tęczówki co bardziej znajome twarze. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak bardzo żałosny widok prezentuję w tej chwili – nieogolony, spocony, z przekrwionymi oczami. Stąpał niepewnie, szurając butami, a gdy był zaledwie o krok od kościelnej trybuny, wlepił spojrzenie w wieko ciemnej trumny, trwając tak dłuższą chwilę. Wreszcie przełknął ślinę, zwilżając zeschnięte gardło, i zajął miejsce człowieka, którego nie tak dawno nazywał teściem. Poczuł na twarzy spojrzenie zielonych tęczówek, a na ramieniu ucisk męskiej dłoni. Zacisnął palce na drewnianej mównicy, pochylając się do przodu, by po chwili przejechać ręką wzdłuż karku, mierzwiąc na koniec ciemne włosy.
– Będę szczery, miało mnie tu nie być. Nie chciałem tu być – dodał po krótkiej chwili, podkreślając dwa pierwsze słowa. – Bo to trochę jak pożegnanie, kolejne, a ja nie mam siły udawać, że teraz jest już dobrze, że sobie radzę. – Przełknął ślinę i uniósł głowę ku górze. – Z tym przeświadczeniem, że mam dla kogo żyć, choć już nie ma nikogo, kto żyłby dla mnie, przy mnie, ze mną. Czuję ból, o tutaj, w środku – powiedział, wskazując palcem lewej dłoni na swoją pierś. – Nie boli mnie serce, bo oddałem je jej w pewien styczniowy poranek, boli mnie świadomość zbliżającego się końca. Tak nagle, nie wiedzieć kiedy i dlaczego, skończyło się coś, co pachniało miłością, marzeniem i szczęściem. Co było tym wszystkim – dodał, a jego głos zadrżał. Mocniej zacisnął palce na mównicy, wlepiając w nią spojrzenie ciemnych tęczówek, a potem przenosząc je na ludzi zebranych w kościele. Widział twarze bliskich mu osób, dotąd roześmiane i pełne szczęścia, teraz – zanurzone w smutku, bólu i poczuciu niezrozumienia, dlaczego coś tak pięknego, tak trwałego zdołano unicestwić w ciągu krótkiej chwili. Spojrzał na twarz matki mocno zaciskającej wargi, by nie wydostał się z nich rozpaczliwy jęk na widok najmłodszego syna, tak starganego przez życie, uginającego się pod jarzmem cierpienia. Chciał posłać jej słaby uśmiech spierzchniętych warg, wyszeptać do ucha, że jeszcze trochę, jeszcze te kilka bezsennych nocy, kilkanaście godzin milczenia, płaczu albo desperackich krzyków, że jeszcze chwila, a on znów wróci i wreszcie powie, że teraz już może, że już potrafi, że znowu chce żyć. Chciał podejść, złożyć głowę na jej piersi i zapłakać w matczynych ramionach, powtarzając stale, że nie musi się bać, już nie, bo on nie będzie taki jak dawniej, nie upadnie znowu tak nisko. I prosiłby ją cicho, jak za dziecięcych lat, by nic nie mówiła ojcu, bo jest w końcu mężczyzną, bo nie chce płakać, tylko te łzy, te słone krople zawodu, wciąż cisną mu się do oczu, jakby chcąc odwrócić uwagę od poharatanego, owiniętego w cierniste płótno serca. A ona scałowywałaby ból z jego zaczerwienionych polików, tłumacząc sobie i jemu, jak pięcioletniemu chłopcu, że jest po to, by zabrać od niego wszystkie złe myśli ostatnich dni, by ukoić go w tych trudnych chwilach, trzymać w ramionach i mówić, stale i stale, aż do znudzenia, że przecież ktoś jest, a więc i on musi być. Te myśli, wizje kładące spokój na poszarpane nerwy przemykały w jego głowie i przed oczami, jedna po drugiej, aż przymknął na krótko powieki, dając wytchnienie oczom zmęczonym wylewaniem łez i wypatrywaniem cierpienia na twarzach innych. Gdy znów zobaczył świat, teraz nudny i pozbawiony wszelkich uciech, jego wzrok spoczął na obliczu człowieka, którego nie spodziewał się dzisiaj ujrzeć. Jego pomarszczona skóra, świecąca się potem na czole, i duże, jakby zamglone oczy, przypomniały mu o chwilach, które kołysały go do snu i podsyłały niepożądane myśli w ciągu ostatnich kilku dni. Zauważył delikatny ruch brody mężczyzny, niczym niedbałe pozdrowienie, a jednocześnie oznakę współcierpienia, i na dłużej zatrzymał wzrok na jego twarzy. Pamiętał jeszcze jego słowa sprzed kilku miesięcy, kiedy opuszczali starą kamienicę, gniazdo ich miłości, która zrodziła się i odeszła w tamtych zabrudzonych ścianach, wśród zakurzonych mebli, szepczących czasem o ich uczuciu. Poczuł suchość w gardle, dlatego minęła dłuższa chwila nim ponownie zabrał głos: – Pamiętam, jak się poznaliśmy. Pamiętam jej drżący głos, trzęsące się dłonie i przerażone, zielone tęczówki, które mówiły więcej, niż chciałem wówczas wiedzieć. I chyba te oczy, tak piękne w swoim strachu, sprawiły, że zatęskniłem za czymś, co już wtedy przybierało kształt i urzeczywistniało się z każdym kolejnym dniem. – Uśmiechnął się sam do siebie, kręcąc z niedowierzeniem głową na wspomnienie tamtych chwil, i dodał: – Tamtego dnia, gdy umierała w moich ramionach, szepnęła, że po raz pierwszy od dawna nie obezwładnia ją strach, bo śmierć od dawna w jakiś sposób była jej bliska. I choć jest to niedorzeczne, poczułem wtedy szczęście; mimo że każdego dnia próbowałem ją chronić, zawsze się bała, a ten lęk terroryzował jej życie, wyniszczał psychikę… Myśl, że wreszcie stała się wolna – kontynuował po chwili – poniekąd mnie uszczęśliwiła. Powtarzam sobie każdego dnia, że teraz nie musi się bać i to sprawia, że jest mi lżej, choćby na chwilę – powiedział, ściszając głos.
(...) Podniósł głowę na okrzyk bólu jednej z kobiet – minęła chwila, nim spostrzegł, że jest nią matka Nomelle. Tonąc w mocnym uścisku swego męża, zdała mu się taka krucha, pozbawiona życia i sił, niesamowicie wątła. Zacisnął mocno wargi, zastanawiając się, czy jest sens mówić cokolwiek, skoro nawet najpiękniejszymi słowami nie potrafiłby odmalować smutku, tęsknoty i melancholii, które nim owładnęły, i  zobrazować cierpienia, którym w krótkim czasie się stał. Zapragnął w tamtej chwili wyjąć wszystkie obrazy ze swojej głowy, pokazać, jak wygląda szczęście, rodzi się miłość czy spełniają marzenia. – Nieodłącznie kojarzy mi się z kubkiem waniliowej herbaty, czerwoną szminką w kieszeni i ulubioną sukienką w kwiaty. Taką chcę ją pamiętać, taką ją pokochałem. – Przygryzł wargę, rozpinając mimowolnie guzik koszuli. Zanim wymówił ostatnie słowa, zwrócił głowę w stronę trumny, trwając tak kilka chwil, a potem rzekł: – Już zawsze będę cię kochał, Nomelle. – Po tych słowach skierował się do wyjścia, nie mogąc znieść smutku zaległego w kątach. Chciał znów zatopić się w bólu, celebrować żałobę na swój własny sposób –  chciał jeszcze chwilę, tak trochę dłużej, zabawić się w masochistę.

 

List 3, z dnia 17 września 2010
„Mleczu, wróć.”
– Nicholas

 

.

 

  kilka tygodni później

 

Ostatkiem sił pokonał kilkaset metrów dzielących go od dużego, ceglanego budynku, który przed laty zwykł nazywać domem. Jego kroki były ociężałe, chwiejne, a w głowie szumiało. Jeszcze czuł na języku gorycz wypitej wódki. Nacisnął mosiężną klamkę i bezszelestnie wsunął się tuż za drzwi, nasłuchując. Drżąca dłoń potem znaczyła ślady na materiale starych dżinsów, nim jego uszu dobiegł szept – nie tak odległy, w ofensywie wprost na niego. Przełknął ślinę, idąc w tamtym kierunku.
– (…), tak po prostu wyszedł, zostawił małego… – Przystanął, rękę opierając na framudze białych drzwi, nie mogąc ustać na własnych nogach. Uśmiechnął się ironicznie, przymknąwszy powieki napuchłe od płaczu, gdy rozpoznał głos swojej matki. – Anne, rozumiem jego ból i stratę, potrafię sobie wyobrazić, co teraz odczuwa, bo przez ostatnie kilkanaście miesięcy budziłam się i zasypiałam z jego imieniem na ustach, szepcząc w ciemność, by wrócił, bo matczyne serce nie zniesie dłużej rozłąki z synem. – Przerwała, a on wyobraził sobie łzy w jej oczach i smutek zaległy w kącikach ust. Nieświadomy, cofnął się o kilka kroków; chyba nie umiał tego słuchać. – Boję się, tak strasznie się boję, że ten maluch w kołysce straci nie tylko matkę, ale i ojca. Bo Nick odchodzi, powoli przeistacza się w kogoś innego. – Nacisnął klamkę, a potem przekroczył próg dziecięcego pokoju, nie domknąwszy drzwi. Zbliżył się do niewielkiego łóżeczka, a gdy jego szorstkie dłonie dotknęły miękkiej skóry kilkumiesięcznego synka, poczuł szloch wzbierający w nim od środka. Już nie dawał rady, nie umiał inaczej. – Nie śpi w nocy, słyszę, jak chodzi wtedy po domu, czasem po prostu znika na długie godziny bez słowa, ot tak; w koszu na śmieci, pod poduszką czy za kanapą znajduje kolejne puste butelki po alkoholu, prawie nic nie je, nie mówi. I praktycznie w ogóle nie interesuje się dzieckiem, czasem tylko weźmie je na ręce, przytuli i wtedy tak intensywnie wpatruje się w jego oczy. Zielone… – Z chłopcem na rękach, pokręcił przecząco głową i osunął się wzdłuż błękitnej ściany. Zwilżył wargi, nim dotknął jego zaróżowionego polika. Pamiętał tylko, że szeptał później nieustannie, jak bardzo kocha. Jak bardzo tęskni.

 

Cierpiałeś… Jak długo to trwało?
Potrzebowałem wielu dni, by uświadomić sobie, że jednak mogę żyć. Bez Niej, tak fizycznie blisko mnie. Bo Ona była, jest i będzie przy mnie, wiem to. Czuję Ją w zapachu polnych kwiatów, w powiewie wiosennego wiatru i każdym oddechu na obojczyku.

 

*

 

Opierał się o zimną, kamienną ścianę. W ustach miał smak krwi, która swą barwą znaczyła bladą skórę twarzy i białą, potarganą koszulę. Jego poranione palce błądziły po ekranie telefonu, kiedy próbował wybrać jedną z pozycji na liście kontaktów – wybierał na ślepo, niepewnie, jakby nie do końca świadomy podejmowanych decyzji.
– Przyjedź, proszę… – wychrypiał, usłyszawszy po drugiej stronie zaskoczony, kobiecy głos, obracający w ustach jego imię, dawniej tak uwielbiane. – Przyjedź, bo już nie dam rady sam, słyszysz? Brakuje mi jej. Ta cisza mnie zabija, nie chcę już milczeć, chcę Ci o niej powiedzieć, mówić tak długo, aż braknie tchu. Muszę zagłuszyć te myśli w mojej głowie, rozumiesz? Pomóż mi, błagam… – Ugięły się pod nim kolana i upadł na zakurzony chodnik, w dłoni nadal kurczowo ściskając telefon. Nie słyszał jej oddechu po drugiej stronie, na drugim końcu miasta, ani bólu osiadłego na strunach głosowych. Nie widział łzy startej kciukiem, wargi zagryzionej do krwi i drżących palców pocierających skórę skroni. Zapomniał zbyt wiele.

 

Kim była?
Ratunkiem – wtedy i później.

 

Znalazła go na podmiejskim bulwarze, w oparach bólu i bezsilności. W prawej ręce ściskał telefon, z na wpół przymkniętymi powiekami i podkurczonymi nogami. Poczuła ukłucie żalu w okolicy serca, spoglądając niebieskimi tęczówkami spod długich rzęs na jego skulone ciało, naznaczone krwią, potem i łzami. Kucnęła u jego boku i dotknęła pokiereszowanej twarzy, naprowadzając jego zlęknione i nie do końca świadome spojrzenie na swoją twarz, tak samo piękną jak zawsze.
– Shiri… – Jej imię pieszczone gąbeczkami jego spierzchniętych warg zawibrowało w powietrzu, muśnięte księżycową poświatą tamtej nocy. Złapał pomiędzy opuszki kosmyk jej rudych włosów i szepnął znienacka: – Zmieniłaś fryzurę.
– Pobili cię? – zapytała cicho, jakby nie dosłyszawszy jego pytania, gładząc kciukiem jego policzek.
– To moja wina, chciałem tego – odszepnął. – Wiesz, to głupie, ale pomyślałem, że może wtedy mi się uda. – Przełknął ślinę i skrzywił się. – Wydawało mi się, że wtedy będę ponad to wszystko, że na chwilę zapomnę, obudzę się w ciemnym zaułku i wątroba będzie się dawać bardziej we znaki niż to tutaj – dodał, wskazując ręką na serce. Zaśmiał się krótko, trochę histerycznie. – Byłem głupi, przecież to zawsze będzie silniejsze. Zawsze – powtórzył z wolna, wpatrując się w jej źrenice.

 

Widziałeś ból w jej oczach?
Widzę go codziennie.

 

 

*

 

Kilkanaście dni później, o drugiej na ranem zaparzyła mu kubek mocnej, czarnej kawy, którą wypił do ostatniej kropli, wsłuchując się w symfonię deszczu za oknem. Uciekał wzrokiem, coraz szczelniej zagłębiając się w miękki materiał grafitowej pościeli. Uciekał od tak wielu dni! Nim jego wargi na nowo przyzwyczaiły się do dźwięków wymykających się z gardła, a język zmysłowo pieścił słowa osiadłe na jego koniuszku, minęło kilkanaście chwil zroszonych wstydem. Opowiadał miłość, ból i tęsknotę; opowiadał siebie. Jego słowa były ciche, ulotne, jakby w każdej chwili gotowe do ucieczki, a każde spojrzenie pozostawiało na twarzy rozmówcy cień niewypowiedzianego cierpienia.
– Shiri, musisz wiedzieć, że… – zaczął, głosem cichy, lecz zdecydowanym.
… że to nigdy nie będę ja. Wiem, Nick – szepnęła, a po jej twarzy przemknęło delikatne uczucie żalu. – Zawsze wiedziałam – dodała po chwili, tak cicho, że nawet nie dosłyszał.
Minęło kilka chwil niepozbawionych milczenia, nim położyła się tuż za nim i przymknęła zmęczone powieki. Jej długie palce dotknęły nieśmiało jego ramienia, a gdy pod opuszkami poczuła delikatne drżenie męskiego ciała, odsunęła dłoń. Odwrócony do niej tyłem, nie zauważył samotnej łzy wypływającej z kącika oka ani karminowych warg, na wpół rozwartych w kształt jego imienia. Słodki oddech musnął jego szyję, gdy nieśmiało, tak trochę niepewnie szukał w pomiętej pościeli jej dłoni. Ich palce złączyły się, a ona mocniej przywarła do jego pleców. Dusił się wtedy samym powietrzem. Milczeli – ta cisza miała jej imię.

 

To trochę tak, jakbyś bał się jej dotyku…
Tak było (…). Instynktownie odsunąłem się, gdy dotknęła mnie pierwszy raz – miałem poczucie, że tym gestem, niemym pozwoleniem, dopuszczam się zdrady. Ale później… Bolała mnie świadomość, że od tak dawna nie zaznałem ciepła ludzkiego ciała. I chyba podświadomie pragnąłem obudzić się z rana, dotknąć drugiej strony łóżka i poczuć, że w nocy ktoś tu był, leżał tuż obok. Naiwne, po trosze chciałem odmienić rzeczywistość.

 

.

 

 cztery lata później

 

Jak co sobotę, samotnie przemierzał parkową alejkę, by po kilkunastu minutach wolnego, pełnego wspomnień spaceru dotrzeć do małego straganu. Przychodził tu od czterech lat, niezmiennie w ten sam dzień tygodnia, niezmiennie o tej samej godzinie. Zawsze stał z boku, obserwował kupujących i starszą panią, która zwracała się do niego: „kochaneczku”. Potem przystępował z nogi na nogę i – wreszcie – gdy był sam, jeden jedyny na parkowym chodniku, zbliżał się do kobiety. Przyglądał się kwiatom, kolorowym wiaderkom, by po chwili milczenia wyrzec kilka prostych słów, zawsze tych samych:
– Niezapominajki, tak jak zwykle.
– Przykro mi, kochaneczku – powiedziała, wpatrzona w jego dwudniowy zarost i smutne, kakaowe oczy. – Wykupili. Może konwalie? – zapytała, gdy mężczyzna nie odezwał się ani słowem. Warga mu drgała, przełknął głośno ślinę.
– Jak to, wykupili? – Był zdenerwowany. Nerwowo pocierał skroń bladymi palcami. – Przychodzę tu od czterech lat, kupiłem sto dziewięćdziesiąt dwa bukiety niezapominajek. Tak trudno zapamiętać, że co sobotę jestem tu tylko po te kwiatki? – Jego głos ociekał furią, nie potrafił się uspokoić.
– Nie ma, co się unosić, młody człowieku. Konwalie też są piękne – odpowiedziała. Jeszcze nigdy nie widziała go tak wzburzonego. Pomimo młodego wieku było w nim tyle goryczy; nie rozumiała, dlaczego.
– Nie chcę tych przeklętych konwalii, rozumie pani? Nie chcę! – Z całej siły kopnął w najbliżej stojące wiadro. Chodnik zmoczyła woda, a chwilę później ozdobił go stos czerwonych róż. Spojrzał na swoje drżące ręce i schylił się, by pozbierać kwiaty. Nie czuł kolców wbijających się w jego dłonie, jak mantrę powtarzał: – Przepraszam, naprawdę, ja tylko chcę te głupie, niebieskie kwiatki, rozumie pani? – Mówił bardzo cicho, jakby nie mając siły, by mówić, oddychać; by żyć. Gdy kobieta ujęła go pod ramię, spojrzał jej w oczy: kakaowe tęczówki były przepełnione bólem. – Ona tak je lubiła, zawsze chciał, żebym je jej kupował. I kupuję. – Był bliski łez, kiedy pocierał zaczerwienione oczy. Nie potrafił ustać na nogach, prawie klękał. – Ja się staram, naprawdę się staram, tylko czasem… – Mówił cicho, z trudem go rozumiała. –...tylko czasem chciałbym po prostu przestać żyć.

 

List 13, z dnia 29 lipca 2011

„Szmaragdowa, w odcieniu Twoich oczu, do samej ziemi.
Mawiałaś o niej >>ulubiona<<.
Cholera, kochałem Cię w tej sukience!”
– Nicholas

 

 

.

 

 dziewiętnaście lat później

 

Żwir na cmentarnej uliczce zaskrzypiał pod ich stopami, gdy omijali ostatnie nagrobki, by dostać się do tego jednego, który odwiedzali regularnie od kilkunastu lat. Ich ruchy były wolne, niewymuszone, a papieros w ręku jednego z nich po chwili zgasł.
– Mama pewnie nie chciałaby widzieć tego świństwa w twojej dłoni, tato – rzucił wysoki brunet, na oko dwudziestoletni, odwracając się w stronę idącego za nim mężczyzny.
– Pewnie nie – odparł tamten, uśmiechając się nieznacznie. – I na pewno byłaby dumna z tak rozsądnego syna.
Przystanęli przed marmurową, nagrobną płytą. Ich spojrzenia na krótką chwilę spotkały się, a później jeden z mężczyzn, ten starszy, odziany w czarny płaszcz położył na grobie bukiet niebieskich kwiatków. Palce młodego chłopaka mocniej zacisnęły się na gryfie czarnej gitary, którą przyniósł tu nie po raz pierwszy.
– Tato? – Zielone tęczówki wbiły się w pokrytą zmarszczkami twarz siwiejącego ojca. Gdy ów mruknął coś pod nosem, co miało świadczyć o jego zainteresowaniu, brunet pokręcił głową, nagle zniechęcony, i dodał tylko: – Z Ciebie też byłaby dumna, wiem to.
Chwilę później w powietrzu zabrzmiały pierwsze nuty ulubionej piosenki kobiety, którą jeden z nich nazywał matką, a drugi miłością swojego życia. I tak co roku, w każdą kolejną rocznicę jej śmierci.

 
(...), wiesz, to chyba o to właśnie chodzi w tej całej miłości. Żeby nauczyć się kochać każdą wadę, lęk i słabość. Pokochać niedoskonałości, z których się składa, które w jakiś sposób Ją definiują. Pokochać tak naprawdę Ją, całą, bo czymże by była bez tych swoich lęków, nocnych koszmarów i strachu w zielonych tęczówkach?



*


 

Odstawił do połowy opróżnioną filiżankę na kuchenny blat i wyciągnął z albumu biało-czarne zdjęcie, które pogładził opuszkiem palca. Przeczytał napis na odwrocie i uśmiechnął się w duchu – dokładnie tak pamiętał tamten dzień. Gdy rudowłosa, krótko ostrzyżona kobieta pojawiła się w pomieszczeniu, przyciągnął ją do siebie i pocałował w policzek. Całował ją tak każdego dnia. Objęła jego kark, a potem zbliżyła karminowe wargi do jego ust. Nie zauważył jej spojrzenia utkwionego w starej fotografii. Westchnęła, serce zabiło mocniej – nie powiedziała nic, nauczyła się być tą drugą.

 

(…), wiesz, zwykłem pisywać do Niej listy.
Listy?
Jeden każdego miesiąca, przez długie lata. Czasem kilka kartek, czasem jedno słowo.
Dlaczego przestałeś?
Obudziłem się pewnego dnia i poczułem spokój, lekkość na sercu. Wiedziałem, że powiedziałem Jej już wszystko.

 

*
 

Była inna, nietuzinkowa…
Tak, Tom. Twoja matka była wyjątkowa.

 

{*Iwan Turgieniew; *Wolfgang Amadeusz Mozart; *zbieżność z piosenką Blue Cafe przypadkowa; *Philip Pullman}

____________________

I oto ja, niepoprawna marzycielka z duszą romantyczki, wierząca w miłość aż po grób. Nie zabierajcie mi nadziei, nie tłamście mojej wiary. Bo chcę wierzyć, łudzić się, karmić moje marzenia takim historiami (w innych okolicznościach rzekłabym: "who's with me?").

Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna – za obecność, wiarę i piękne słowa. Za miłość do tej historii, tych bohaterów; za miłość do mnie (co poniektórych). Było pięknie, dziękuję.

Ja się z nimi nie żegnam, jeszcze nie, a Wy?