wtorek, 30 lipca 2013

08. „Powiedz, co u Ciebie słychać, co można widzieć, gdy się jest Tobą”*


Zbitek fragmentów zaległych na poczcie, pisanych jeszcze za czasów Onetu, oraz tych nowszych. Jeszcze nigdy nie pisało mi się niczego tak trudno, nie wspominając o efektach, które są bardzo, bardzo mierne. Jak już komuś mówiłam, o szczęściu pisać nie umiem, wolę, gdy (Oni) cierpią i się boją.
Dla tych kilku duszyczek za powrót.

 

*

marzec, 2009


Spojrzała na twarz swojej matki. Jej roześmiane oblicze sprawiło, że mimowolnie się uśmiechnęła. Przygryzła wargę i wpatrzyła się w niebieskie tęczówki brunetki, którą tak przypominała.
– Nomelle? – Czterdziestolatka usiadła na kuchennym taborecie i nerwowo pogładziła swoje dłonie. – Chcę, żebyś wiedziała, że dla mnie i twojego ojca ostatnie miesiące nie były łatwe. Pomimo twojego listu i krótkich smsów bardzo się o ciebie martwiliśmy. – Przełknęła ślinę i uśmiechnęła się smutno. – Nie było dnia, żebym nie myślała, czy jesteś bezpieczna, zdrowa… – Przerwała, by zaczerpnąć tchu. Mówiła cicho, ale wyraźnie. – Mamy tylko ciebie, kochanie, pragniemy twojego szczęścia, dlatego zaakceptowaliśmy twoją decyzję i nie szukaliśmy cię, ale w tej sytuacji, kiedy nie wróciłaś sama…
– Jestem szczęśliwa, mamo – powiedziała i dotknęła dłoni matki. – Kocham go, rozumiesz? I wiem, że on czuje to samo. Bardzo mi pomógł w ostatnim czasie, pozwolił mi uwierzyć, że mogę być normalna, wiesz? – W  jej oczach była nadzieja, a w głosie pewność. – Jestem mu za to wdzięczna, bo wreszcie wiem, że mogę żyć tak, jak zawsze chciałam.

 

*

 
Była środa, czwarta nad ranem. Oglądał stare, zakurzone fotografie, które wyjmowała z beżowego pudełka po butach. Pokazywała mu chłopca o ciemnych włosach i błękitnych oczach. Płakała, a on bał się zetrzeć jej łzy. Milczał, czekał, aż sama mu powie. I powiedziała – dwadzieścia minut później:
– To mój brat, Payton, nie żyje od trzynastu lat. – Nie patrzyła mu w oczy, wzrokiem obejmowała swoje trzęsące się dłonie. – Utonął, kiedy miałam sześć lat. Bo próbował mnie ratować. – Załkała cicho i odchrząknęła, pocierając wierzchnią stroną dłoni nos. – Miał tylko dziesięć lat i był taki drobny, Nick, a ja nie umiałam pływać, i on wskoczył do tego jeziora, a ja tak bardzo się bałam i nie potrafiłam zrozumieć, co do mnie krzyczy, machałam rękami i nogami, woda nalewała mi się do uszu i nosa, nie byłam w stanie nad sobą zapanować, Nick, a wtedy ktoś mnie złapał, ale to nie on, jego już nie było, nie widziałam go, i pamiętam, że bardzo płakałam, krzyczałam jego imię, ale on się nie odzywał, myślałam, że się obraził albo żartuje, zawsze tak mi dokuczał, ale jego ciągle nie było, Nick, a potem moja mama przybiegła i upadła na ziemię, nigdy nie słyszałam, żeby ktoś tak krzyczał, zatkałam sobie uszy rękoma, bo to wszystko było straszne, i kiedy wołałam mamę, ona nie odpowiadała, i wtedy mnie zabrali, ale kiedy się odwróciłam, zobaczyłam jego drobne ciałko, jak leżał na tym piasku, i nic nie mówił, Nick, zaczęłam płakać, i chciałam go przytulić, chociaż pocałować, ale nie chcieli mnie puści, Nick, i… – Złapał jej nadgarstki i przywarł swoim ciałem do jej, trzymając w mocnym uścisku, nie chcąc puścić. Dusiła się szlochem, nie mogąc złapać tchu, a łzy spływały po bladych policzkach. Mocno zaciskała powieki, ale obrazy tamtych dni znów powracały, nie chciałby odejść. – …i…i to moja wina, Nick, ja go zabiłam, to przeze mnie, i…
– Ciii, Nomelle, kochanie, to nie twoja wina, słyszysz? – Spojrzał jej w zamglone tęczówki, ścierając szlaki łez. – Ty nic nie zrobiłaś, to nie przez ciebie, rozumiesz? To po prostu się stało
– Gdyby nie ja, on wciąż by żył, Nick, miałby za dwa dni dwudzieste trzecie urodziny – zaszlochała, przyciskając twarz do jego piersi.

Płakała długie godziny, nim z wyczerpania osunęła się w jego ramiona, a sen wybawił ją z koszmaru codzienności.

 

.

 

kwiecień, 2009

 

Słońce lizało mu twarz, kiedy pokonywał ostatnie metry wyznaczonej dzień wcześniej trasy. Widział ją z daleka – najpierw zauważył jej kwiecistą sukienkę, a dopiero potem czerwony rower. Zatrzymał się gwałtownie na parkowej alejce i, nie schodząc z jednośladu, oparł ręce na kierownicy
– Wygrałaś. – Uśmiechnął się, ukazując rząd białych zębów i kręcąc głową z udawanym niedowierzeniem. – To cios w samo serce.
– Stawiasz duże lody truskawkowe, z czekoladową polewą – odparła i pocałowała go w policzek, uśmiechając się słodko.

 

*

 

Milczeli przez niemal trzy godziny, każde w osobnym pokoju. Był to jeden z tych dni, kiedy mieli dość wszystkiego i wszystkich – również siebie nawzajem. Uparcie trwali w przekonaniu, że to drugie powinno wyciągnąć rękę na zgodę. W czterech ścianach ich domu toczył się pojedynek na silne charaktery.
Postawił czajnik na gazie i wyciągnął z dolnej półki dwa kubki – czerwony dla niej, czarny dla siebie. Gdy woda się zagotowała, zalał wrzątkiem saszetki zielonej herbaty. Z rękoma opartymi na blacie, wpatrywał się krótko to w dwa kubki stojące naprzeciwko, to w drzwi łazienki, w której się schowała. Po chwili zabrał swoją herbatę i skierował się w stronę sypialni. Przechodząc obok pomieszczenia, w którym siedziała z podkurczonymi nogami, odchrząknął znacząco. Upewniwszy się, że jest daleko, wstała i delikatnie nacisnęła klamkę. Wystarczyły dwa przeciągłe spojrzenia rzucane na prawo i lewo i jedno ciche westchnienie, nim szybko pomknęła w stronę kuchni. Poczuła zapach ulubionej, zielonej herbaty i jej twarz rozjaśnił lekki uśmiech. Zatopiła wargi w gorącej cieczy, po kilku sekundach wyjmując z jednej z szafek ukrytą za niebieskim garnkiem tabliczkę gorzkiej czekolady.
– Wiem, że lubisz – powiedziała nieśmiało, opierając się o futrynę. Jego spojrzenie powędrowało najpierw do jej rumiankowych tęczówek, potem na tatuaż na lewym nadgarstku, aż wreszcie zatrzymało się dłużej na tym, co kurczowo ściskała w prawej dłoni. Wiedziała, jak i czym go przekupić.

„(...) i pokochaj mnie rozmazaną, potarganą i rozwrzeszczaną. Wybaczaj mi zły humor, migreną, złe samopoczucie. Wsłuchuj się w bicie mojego serca i wiedz, że ono bije dla Ciebie. Mów do mnie, gdy płaczę, i chwytaj mnie za rękę, gdy drżę z podniecenia. Ślubuj mi plac zabaw nocą, dziką plażę nad ranem i uśmiech przy kawie. Krzycz na mnie, gdy wątpię w szczerość Twych uczuć. Przytulaj mnie, jakbyś chciał dotknąć mojego serca swoim. Zaciągaj się mną jak papierosem, wlej do moich ust namiętność, a oczy zamknij podnieceniem. Zapewniaj mnie, że jestem najważniejsza. Wbij mi się pod skórę i bądź częścią mnie. Obiecaj mi siebie, Nick.”

 

.

 

maj, 2009

 

Jechali od dwudziestu minut polną drogą, pogrążeni w ciszy, którą przerywały co kilka chwil jej natarczywe pytania. Z opaską na oczach, włosami ciasno związanymi w koński ogon i w zielonej sukience siedziała na miejscu pasażera. Było jej duszno i z trudem wytrzymywała jego kpiarski ton.
– Nick, nie wiem, czy wiesz, ale porwanie jest karalne – powtórzyła piąty raz tego popołudnia, odwracając głowę w jego stronę.
– Wierz mi, Nomelle, takie porwania warte są największej kary – odparł, spoglądając w lusterko wsteczne. – Jeśli chcesz, będziesz mogła mnie ukarać wieczorem, w nocy, rano, kiedy tylko chcesz. – Skręcił gwałtownie w lewo i po kilku minutach jednostajnej jazdy zatrzymał się przed murowanym płotem. – Jesteśmy na miejscu.
– Mogę zdjąć opaskę? – Uniosła ręce do góry, ale w porę chwycił jej dłonie. – Nick, to twój kolejny, szalony pomysł?
– Jeszcze kilka chwil. – Złapał ją pod ramię i ostrożnie poprowadził kamienną ścieżką, wprost do wielkich, dębowych drzwi, do których klucz trzymał w ręku. Powoli zdjął opaskę z oczu dziewczyny i, całując ją w brązowe kosmyki, powiedział cicho: – Będzie nam tu dobrze, obiecuję.
Odwróciła się w jego stronę, zaskoczona, niepewna, co powinna zrobić. Podał jej klucz, który nieśpiesznie wzięła do ręki i długo mu się przyglądała. Po kilku sekundach otworzyła potężne drzwi, które skrywały za sobą nową tajemnicę, a jednocześnie były synonimem ich początku – nowego, wspólnego życia. Nie zdążyła przekroczyć progu, nim uniósł ją do góry i wniósł do domu. Pocałowała go w policzek, wtulając nos w zagłębienie na jego szyi, i pozwoliła spłynąć łzie, która wsiąknęła w białą koszulę bruneta. Była szczęśliwa, spełnił jedno z jej marzeń.



*



Podarował jej bukiet niezapominajek, który teraz zdobił wnętrze ich pustego domu. Siedzieli na parapecie dużego okna, naprzeciwko siebie, każde z lekturą w ręce; ona – z tomikiem wierszy ulubionego poety, on – z biografią znanego muzyka. Błądziła palcami stóp po jego udzie, a on rozkoszował się widokiem jej skupionej twarzy. W powietrzu znać było zapach nowego, niezanieczyszczonego niczyją obecnością pomieszczenia.
– Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytała, gdy zauważyła jego wzrok na swojej twarzy. Pocztówką z niedawnej podróży zaznaczyła stronę, na której skończyła, i przysunęła się do bruneta. Gdy zbliżył uda do klatki piersiowej, podparła dłonie na jego kolanach, a na nich głowę. Długo patrzyła mu w oczy.
– Wiesz, tamtej zimy, w tamtej kamienicy praktycznie cię nie dotknąłem… – Jego szept, jak echo, rozniósł się po pustym mieszkaniu, i utonął w brązie jej włosów. – …a jednak kochałem się z tobą każdej nocy.
– Wiem, pamiętam twój wzrok, Nick. – Uśmiechnęła się i, opierając dłonie po dwóch stronach parapetu, zbliżyła się do jego ust. – Dlatego jestem ci wdzięczna, że nie naciskałeś.
– Żałowałaś kiedykolwiek? – zapytał, gdy oderwała się od jego warg. – Tamtej nocy, tamtych dni…
– To pytanie z kategorii głupich – odparła i popatrzyła mu prosto w oczy. – A wiesz, dlaczego? Bo nikt nie ma prawa żałować, gdy jest szczęśliwy.

 

.

 

  czerwiec , 2009

 

Siedziała na miejscu kierowcy, kurczowo zaciskając ręce na kierownicy. Czuła pot spływający wzdłuż kręgosłupa i spojrzenie roześmianych tęczówek.
– Zrób to wreszcie, Nomelle – powiedział, pocierając skroń. – Tak, jak cię uczyłem.
– Tak, jak mnie uczyłeś – powtórzyła mimowolnie przestraszonym głosem i nacisnęła sprzęgło, a potem postępując według jego słów, które powtarzał około dwudziestu razy. Auto ruszyło, a ciszę przeszył głośny krzyk rozentuzjazmowanej brunetki. Zdążyła uchwycić jego spojrzenie i poczuć ciepło jego warg na swoim policzku, zanim wykrzyknęła: – Ja jadę, Nick!
– Wiedziałem, że ci się uda. – Rozejrzał się po leśnych gęstwinach, a potem dodał rozbawionym tonem: – Miałaś w końcu dobrego nauczyciela.


„Lubię patrzeć, jak wmuszasz w siebie ostatnią łyżkę przesolonej zupy, a potem mówisz, że było pyszne. Lubię uścisk Twojej dłoni, gdy idziemy ulicą, a co druga kobieta wodzi za Tobą wzrokiem. Lubię myśleć, że wieczność z Tobą jest na wyciągnięcie ręki. Lubię, gdy budzisz mnie pocałunkiem spierzchniętych warg, i przynosisz śniadanie do łóżka. Lubię mówić, że zaprzedałam Tobie, jak diabłu, swą duszę. Lubię wieczorne spacery, kolacje przy świecach i taniec z Tobą. Lubię skrapiać poduszkę Twoimi perfumami, gdy jesteś daleko, i zatapiać się w Twoim prawdziwym zapachu, gdy jesteś blisko. Lubię, gdy kręci mi się w głowie i nie mogę złapać oddechu, kiedy całujesz mnie po powrocie do domu, a ja mam wrażenie, że umrę. Lubię kochać się z Tobą na kuchennym blacie, i zlizywać z Twoich warg smak czerwonego wina. Lubię wiedzieć, że jesteś i zawsze będziesz.”

 

*

 

Siedzieli na podłodze drewnianej werandy, którą zdołali odremontować wspólnymi siłami zaledwie dwa dni wcześniej. Choć było zimno i ciemno, nie mieli zamiaru schować się w czterech ścianach ciepłego domu. Siedział oparty o futrynę drzwi,  a ona – pomiędzy jego udami, z plecami na jego klatce piersiowej. Delektował się brzoskwiniowym zapachem jej miękkich włosów, muskając palcami kształtne piersi, ukryte pod materiałem białej, zwiewnej sukienki. Zaśmiała się w ciemność, gdy połaskotał językiem muszelkę jej ucha i odwróciła głowę, tak by widzieć jego wargi i przydługie loki, opadające na czoło.
– Przydałby ci się fryzjer, wiesz? – Pocałował ją w usta, pocierając swoim policzkiem z kilkudniowym zarostem o jej, delikatny i gładki. – I spotkanie z maszynką do golenia też.
– Myślałem, że lubisz mnie w takim wydaniu – odparł, bawiąc się jedną ręką do połowy opróżnioną puszką po białej farbie. – Nie jestem wtedy jeszcze bardziej męski? – Wyciągnął z tylnej kieszeni paczkę papierosów i zapalił jednego.
– Daj mi, chcę spróbować. – Wyciągnęła rękę po papierosa, którego trzymał w lewej dłoni. Gdy odsunął się na tyle, że nie mogła do niej dosięgnąć, odwróciła się gwałtownie i z wyrzutem spojrzała mu w oczy. – Nick!
– Czy to takie dziwne, że staram się o ciebie dbać? – Posłał jej cwaniacki uśmiech, którego tak nie znosiła. – Po co masz się truć?
– Palisz przy mnie, a więc wychodzi na to samo – powiedziała. Zbliżyła się do niego, położyła rękę na jego klatce i zaczęła całować szyję, żuchwę, a potem nieogolone policzki. Zanim przygryzła płatek jego ucha, zamruczała cicho: – Proszę, Nick, pozwól mi, pierwszy i ostatni raz.
– Tylko jeden mach, pamiętaj. – W jego oczach tańczyły iskierki rozbawienia, gdy podał jej rozżarzonego papierosa. Ujęła go pomiędzy dwa palce, westchnęła głośno i włożyła do ust. Zaciągnęła się, a gdy dym otulił jej płuca, zakasłała głośno. – Podobało się królewnie? – zapytał, nie bez śmiechu w głosie. Szturchnęła go w ramię, a po chwili ponownie wsunęła się w jego objęcia, scałowując z jego warg filuterny uśmiech.


„Nie jestem pewien do czego służy miłość, ale tak mniej więcej wydaje mi się, że do kupowania Ci świeżego chleba, gdy jeszcze śpisz, do podawania ręcznika gdy wychodzisz spod prysznica, do parzenia Ci kawy i przyjmowania za to uśmiechu, do chowania Cię pod parasolem albo w dłoniach, do niewierzenia w cellulitis, do niewidzenia zmarszczki, do słuchania z Tobą muzyki i spacerowania palcami po Tobie.”*

 

.

 

  lipiec, 2009

 

Było niedzielne popołudnie, a on pomagał jej zmywać naczynia. Gdy podała mu któryś z kolei talerz do opłukania, odezwał się nieco nerwowym głosem:
– Dzwoniłem do rodziców. Zaprosili nas na jutrzejszą kolację. – Wytarł ręce w ścierkę i podszedł do okna, był odwrócony tyłem. – Moi bracia tam będą.
– To dobrze, Nick. – Podeszła do niego i objęła go w pasie. Czuła, jak bardzo jest spięty. – Wspólnie uzgodniliśmy, że w tej sytuacji… – Spojrzała znacząco na swój brzuch. – …powinniśmy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by unormować stosunki z twoją rodziną.
– Powiedziałem tak wiele niepotrzebnych słów, Nomelle. –  odparł.  Nie jestem pewien, czy jest jeszcze, co naprawiać.
– Nie możesz tak łatwo się poddawać. Uda się, Nick. – Pocałowała go w policzek i posłała lekki uśmiech.

 

*

 

Znalazł ją na kuchennych kafelkach, nieopodal dużego okna. Tuliła do siebie ukochanego kota, który zamruczał, zadowolony, gdy wszedł do pomieszczenia. Nie zbliżył się do niej od razu, przez chwilę stał w przejściu, między kuchnią a obszernym salonem, wpatrując się w jej sylwetkę, która w tamtej chwili jawiła mu się jako niemożliwie krucha i wątła. Znów była jak przestraszona łania, niczym dziewczyna, którą znalazł w podobnym miejscu, w nieco innym budynku, przed kilkoma miesiącami. Przypomniała mu się tamta ona, chyba bał się jej powrotu, choć nie do końca chciał to przyznać.
– Dlaczego płaczesz? – Kucnął przy niej, muskając palcami jej nagie kolano. – Nomelle? Mów do mnie, boję się tej ciszy, słyszysz? – Ujął jej podbródek w swoje dłonie, ścierając kciukiem wilgotne szlaki łez.
– Kochasz mnie, Nick? – zapytała cicho, patrząc zamglonym spojrzeniem w jego kakaowe tęczówki. Gdy kiwnął głową, otwierając usta, by słowem zapewnić o sile swojego uczucia, przywarła palcem do jego warg i znów zapytała, tym razem jeszcze ciszej: –  Myślisz, że byłbyś w stanie pokochać kogoś jeszcze?
– Co tak właściwie chcesz mi powiedzieć? – Nie krył swojego zdziwienia, ale i strachu. Głośno przełknął ślinę i przybliżył jej ciało ku sobie. Nie zauważył, że trzyma w dłoniach jej nadgarstki, poprzecinane błękitno-szarymi szlakami żył.
– Tylko tyle, Nick, że teraz musisz mnie kochać bardziej. Podwójnie, tak jakby. Rozumiesz? – Uśmiechnęła się przez łzy i pocałowała go w usta, długo i namiętnie. Płakali oboje.

 

.

 

 sierpień, 2009

 

Zielona trawa pod ich stopami była mokra od wieczornego deszczu. Gdy doszli do ulubionej ławki, która gdzieś w rogu skrywała ich inicjały, rozłożył na niej brązowy koc i pozwolił jej usiąść pierwszej. W ręku trzymała termos z imbirową herbatą i kawałek ciasta, na szybko zawiniętego w czerwoną serwetkę. Skrzyżowała nogi i odwróciła się w jego stronę – w oczach miał gwiazdy, dokładnie jak wtedy. Uśmiechnął się i przysunął się do niej, tak że razem mogli spoglądać w granatowy atłas nieba
– Pamiętasz wieczór, gdy kazałeś mi pomyśleć życzenie? – Uniosła głowę, rumiankowymi tęczówkami łapiąc spojrzenie bruneta. – Widzieliśmy wtedy spadającą gwiazdę.
– Oczywiście – odszepnął, a jego palec powędrował do wgłębienia za uchem dziewczyny. – Czego sobie życzyłaś?
– Niczego, Nick. – Podparła się na łokciu i zbliżyła swoje malinowe wargi do jego, po chwili delikatnie je obejmując. – Miałam wszystko…

 

*

 

Zabrał ją do restauracji. Było po jedenastej, gdy poprosił o taniec – ich pierwszy i pewnie nie ostatni. Jej usta pokryte czerwoną szminką układały się w uwodzicielski uśmiech, gdy obejmował ją w talii, mocno i stanowczo. Ich ruchy były płynne - każdy krok zdawał się być idealny, dokładnie przećwiczony. Potrafili dopasować się tempem, układem ciał i emocjami, które dyktowały rozemocjonowane serca. Byli jak para kochanków, stąpających po cienkiej linie, świadomi możliwego upadku. Duet zakochanych, tango straconych.

 

.

 

wrzesień, 2009

 

Siedzieli w wannie od czterdziestu minut. W tle cicho leciała ich ulubiona piosenka, a woda robiła się coraz chłodniejsza. Zanim zanurzyła  ciało w puszystej pianie, zapaliła kilka świec o zapachu jaśminu i wsunęła mu w dłoń gruby tom niedawno rozpoczętej powieści, którą dla nich wybrała. Lubiła, gdy czytał na głos. Ich cotygodniowym rytuałem była wspólna lektura – czytana przez nią lub przez niego; w zależności od dnia i humoru tego drugiego. Z zamkniętymi oczami i głową opartą na miękkim ręczniku, wsłuchiwała się w jego stonowany, kojący głos. Nieświadomie układała karminowe wargi w uśmiechu, gładząc skórę wypukłego brzucha. Nagle uniosła powieki, wpatrzyła się w beżowe kafelki i – pewna tego, co się przed chwilą zdarzyło – przeniosła spojrzenie na twarz bruneta.
– Twój syn najwyraźniej lubi, kiedy tatuś czyta mu „na dobranoc”. – Uśmiechnęła się i uchwyciwszy jego dłoń przyłożyła ją w miejscu, gdzie wcześniej poczuła delikatne kopnięcie. Nie minęła minuta, nim ich twarze rozjaśniło szczęście. Chwilę później po jej bladym poliku spłynęła słona kropla. – Nigdy wcześniej nie roniłam łez, będąc tak szczęśliwą – wyszeptała.
– Nigdy wcześniej twoje łzy nie smakowały tak słodko – odszepnął, scałowując z jej gładkiej skóry mokre ślady płaczu.

 

*

 

Jedli późne śniadanie w łóżku. Sok z pomarańczy skapywał na pościel, a głośny śmiech i cichy szept ich dwojga wibrował pośród ciszy i zakurzonych mebli.
– Nie powinieneś być przypadkiem w pracy? – zapytała, zatopiwszy spragnione wargi w białej kawie.
– Aktualnie jestem przeziębiony i nawet mi się nie śni wstawać z łóżka – odparł, kradnąc całusa z ust brunetki. – Potrzebuję dobrego lekarstwa, Nomelle… – zamruczał jej do ucha, muskając językiem płatek jej ucha. Lepkimi od soku palcami objęła go za szyję, scałowując z jego polików drobiny snu. Przywarła do niego mocniej i szepcąc: „chcę znów mieć cię w sobie”, zatonęła w klatce jego ramion. Potrzebowali tego oboje; byli tacy nienasyceni sobą – niedokochani, niedopieszczeni!

 

.

 

listopad, 2009

 

– Nick? – Rozglądała się po białym pomieszczeniu, szukając bruneta przelęknionym wzrokiem. – Nicholas?
Jej drobne piąstki mocniej zacisnęły się na pistacjowej pościeli, a na końcówce rzęsy zatrzymała się pojedyncza kropla. Przygryzła wargę, a z jej suchego gardła ponownie wyrwał się jęk i cichy szept jego imienia. Postawiła blade stopy na dębowej posadzce i malutkimi kroczkami kierowała się w stronę kuchni. Czuła szybkie bicie swojego serca i niewidzialne atomy przerażenia, które osiadły na czole i kosmykach ciemnych włosów. Osamotniona w bólu istnienia łza spłynęła po jej porcelanowej twarzy, zatrzymując się tuż nad linią brody. Potarła nadgarstkiem wilgotne miejsce, rozchylając suche wargi.
– Dlaczego nie jesteś w łóżku, Nomelle? – Usłyszała jego niski głos tuż zza sobą. – Dopiero siódma.
Sama nie wiedziała, jak w krótkim czasie odwróciła się i podbiegła do niego. Jej długie palce, o paznokciach ozdobionych bordowym lakierem zatrzymały się na wysokości jego klatki piersiowej, zaciskając się na białym podkoszulku, a ona sama uniosła się na palcach i spierzchniętymi wargami dotknęła jego szorstkiego policzka. Pozwoliła, by palce jego prawej dłoni uniosły jej podbródek, a kakaowe tęczówki wgłębiały się w jej duszę, gdy spoglądał nimi w jej przerażony wzrok, po chwili składając na jej wargach delikatny pocałunek i szepcząc:
– Nie bój się. Jestem tutaj. – Kiwała głową, a z jej oczu znów pociekła łza, która spadła na jego kciuk. Otarł nim lśniący ślad, po krótkiej chwili wkładając go do ust, które niebawem raczyły się mlecznobiałą skórą jej policzka. – Zawsze będę.

„Chciałem pić z Tobą wino o pierwszej nad ranem i co sobotę jeść sernik w pobliskiej kawiarni. Pragnąłem kochać się z Tobą każdej nocy i pieścić Cię dotykiem mych szorstkich dłoni i języka. Marzyłem, by zabrać Cię do Paryża i Pragi i całować się z Tobą na oczach ludzi, i krzyczeć o naszym szczęściu. Chciałem być Twoim pocałunkiem na dzień dobry i uśmiechem na dobranoc. Łaknąłem Twojego wiśniowego oddechu, którym częstowałaś mnie na każdym kroku, i jaśminowego zapachu. Chciałem Cię fotografować w słoneczne dni i strugach deszczu. Marzyłem, by upajać się Twoim dźwięcznym głosem i pisać o Tobie piosenki. Łaknąłem Twojego szczęścia i wilgotnych ust. Potrzebowałem widoku Twych nagich piersi i bioder, gdy przechadzasz się po kuchni w za krótkiej, rozpiętej koszuli. Pragnąłem zlizywać z Twoich zaróżowionych policzków kropelki łez i sprawiać, że się uśmiechasz. Chciałem się z Tobą kłócić i mówić, że Cię kocham. Marzyłem, by słyszeć Twój śmiech, gdy spijałaś z moich ust wizje naszej wspólnej przyszłości, i oglądać z Tobą zachody słońca. Łaknąłem Twojej obecności w każdej sekundzie i minucie mojego życia. Potrzebowałem wiedzieć, że jesteś i zawsze będziesz.”

 

*

 

Trzymał ją za rękę, którą od zimna chroniła jego trochę za duża rękawiczka. Wracali do domu po wieczornym spacerze. Mieli ze sobą bukiet kolorowych liści i fioletowy termos, przesiąkły zapachem kakao. Gdy przystanęli na chwilę, bo zapragnęła coś mu powiedzieć, patrząc prosto w oczy, odruchowo wtuliła się w jego ramię.
– W domu też możesz zatulić mnie na śmierć, Nomelle. – Zaśmiał się i pogładził jej zimny policzek. – Tam jest odrobinę cieplej, nie sądzisz?
– Nick? Chcę, żebyś zapamiętał to, co za chwilę powiem, dobrze? – Skrzyżowała ręce na piersi, chowając palce w połach ciepłej kurtki. – Wiesz, że pragnę jedynie twojego szczęścia. Chcę widzieć uśmiech na twoich ustach do końca mych dni i dłużej. Słyszysz? – Popatrzyła mu w oczy. W tamtej chwili była śmiertelnie poważna. – Nie chcę, żeby cokolwiek, na czele ze mną, cię ograniczało. Jestem szczęśliwa, kiedy ty jesteś szczęśliwy.
– Nie mogę nie być szczęśliwy, będąc z tobą. – Przytulił ją, całując w czubek głowy. – Dlaczego w ogóle mi o tym mówisz?
– Po prostu o tym pamiętaj, dobrze? – Przygryzła wargę i przez dłuższą chwilę spoglądała na jego twarz. – Obiecaj, że nie zapomnisz, Nick. – Gdy kiwnął głową, a potem szepnął na ucho, że przysięga, ujęła jego dłoń i pobiegła w stronę domu.

 

.

 

  grudzień, 2009

 

Obudziła się nagle, w środku nocy, przestraszona tym, co zobaczyła we śnie. Miała mokre od potu włosy i suche wargi. Przełknęła ślinę, odwracając się twarzą w jego stronę i wpatrując w tył jego głowy. Czuła, jak jej szybko biło przestraszone serce. Zawiesiła wzrok na drewnianej szafie. Trwała tak kilkanaście minut, bojąc się ponownie przymknąć powieki. Położyła się na plecach i szczelniej okryła zziębnięte ciało wełnianym pledem. Jej ręce mimowolnie powędrowały do wypukłego brzucha – wodziła palcami po napiętej skórze, powtarzając w myślach, że przecież nie ma prawa się bać, nie teraz, nie tutaj. Poderwała się z łóżka i, zanurzywszy stopy w puchatych kapciach, skierowała się w stronę kuchni. Gdy upiła łyk ciepłego mleka, odstawiła szklankę na kuchenny blat, i wyszeptała w ciemność, z dłońmi na wielkim wybrzuszeniu.
– Nic się nie bój, mój mały, tatuś nas obroni. Przecież obiecał.

 

.

 

 styczeń, 2010

 

Nie był w stanie usiedzieć w miejscu – ręce mu drżały, a w głowie szumiało. Gdy usłyszał dźwięk rozsuwanych drzwi, odwrócił się gwałtownie i szybko podbiegł do lekarza.
– Co z nią i dzieckiem? Żyją? – zapytał nerwowo, trochę za głośno.
– Tak, panie Jonas, zarówno stan matki, jak i dziecka jest w normie. Ma pan zdrowego i silnego syna – odparł lekarz, uśmiechając się i poprawiając oprawki starych okularów.
– Czy z sercem Nomelle wszystko w porządku? Mówił pan, że to duże obciążenie i ryzyko. Ja… - przerwał, pocierając skroń i mimowolnie cofając się o krok. – Proszę być szczerym, doktorze.
– Tak, zabieg w pełni się powiódł. – Pogładził siwą brodę i spojrzał w oczy mężczyźnie stojącemu przed nim. – Może pan zobaczyć syna i pannę Gosling, kiedy wybudzi się z narkozy. Jeszcze raz gratuluję, panie Jonas. I proszę tak się nie martwić, już po wszystkim – dodał i odszedł w kierunku izolatek.
Kiedy został sam, opadł na pobliskie krzesło i ukrywszy twarz w dłoniach cicho zapłakał. Nie odebrano mu tego, co kochał najbardziej – życia.

 

*

 

Obudził ją w nocy głośny płacz dziecka. Przetarła wierzchnią stroną dłoni zmęczone powieki i szybkim krokiem skierowała się w przeciwległy kąt sypialni. Jej twarz rozjaśniło szczęście na widok ukochanych policzków i rumiankowych tęczówek. Tuliła w swoich ramionach drobne ciałko nowonarodzonego cudu przez kilka chwil, nim na swoim ramieniu poczuła ciepły dotyk jego dłoni. Delikatnie pocałował ją w czoło i wskazał głową na łóżko. Podała mu dziecko, a potem bezszelestnie wsunęła się pod ciepłą kołdrę. Zasnęła, kołysana do snu jego niskim głosem.

 

.

 

marzec, 2010

 

Miała łzy w oczach, od dziesięciu minut starając się uspokoić płaczącego synka. Tuliła go, szeptała do ucha, kołysała w ramionach. Rozglądała się po niebieskim pokoiku, wzrokiem szukając ulubionej zabawki chłopca. Jej zmęczona cera i potargane włosy sprawiały, że wydawała się być jeszcze bardziej wycieńczona, niż było w rzeczywistości. Przytuliła drobne ciałko do piersi i pocałowała czubek jego głowy.
– Mój ukochany, mały mężczyzna – szepnęła, dotykając nosem dziecięcego policzka.

 

*

 

Wtuliła się w jego ramiona, delektując się widokiem małych nóżek i zapachem śpiącego dziecka, tak bardzo innego od  tych, które znała dotychczas. Brunet gładził jej ciemne, gęste włosy, co kilka chwil muskając nosem skórę  mlecznobiałej szyi.
– Chyba nigdy nie byłam szczęśliwsza, wiesz? – zapytała, całując go w policzek. – Nie mogłoby być piękniej.
– Masz rację, teraz jest idealnie – odparł. – Jesteś ty, jest nasz syn. Wszystko, co mnie uszczęśliwia.
Pocałował ją w usta, spijając z jej warg radość i zadowolenie. Było zwyczajnie, nie inaczej niż zwykle - do takich momentów było im najtęskniej. Tylko ten strach zaległy na dnie serca, wyśpiewujący swą pieśń co dnia.


„(...) Zbliżył swe usta do jej ucha, poczuła, że owiewa ją jego słodki, dziecięcy oddech; rozchylił wargi i trwał – sekundę, kolejną, a może nawet i wieczność – by w chwilę później koniuszkiem języka dotknąć jej skóry, tuż za uchem. Śmiał się, cicho, szyderczo, dotykając palcami pulsującej, gorącej od krwi tętnicy, naznaczając jej ciało, jej duszę wilgotnymi ścieżkami; pragnął jej skosztować, chciał jej, pożądał…
– Smakujesz najlepiej… – Przymknął powieki, zaciskając palce na jej delikatnej szyi, kruchych kościach, patrzył w jej przerażone oczy, spijał krople potu, zlizywał strach. – … najlepiej ze wszystkich.

Wbijała zbyt krótkie paznokcie w jego chłopięce ramionka, niemo wzywała pomocy. Skóra, skażona jego śliną, paliła, trucizna wżerała się pod spód, wnikała do mięśni, zagnieżdżała się w komórkach, wtapiała w neurony. Patrzyła w jego oczy, pełne ekstazy, rozkoszy, odbijające jej ból i bezsilność; te oczy, te głębokie studnie bez dna, wołały o mięso – pragnęły jej, tylko jej. W tamtej sekundzie zrozumiała, przejrzała, oddaliła pragnienia, pozwoliła wrócić rzeczywistości.
– Chcę ciebie, słyszysz? Teraz, już, oddaj się w moje ręce, nie walcz… – wysyczał, wgryzając się w nadgarstki, poprzecinane szlakiem błękitno-siwych żył. Krzyknęła, kolana ugięły się pod jej ciężarem, upadła, z nim uczepionym jej bioder, oplatającym ciasno talię, wchodzącym w nią, sączącym jej krew.
– Zabij – zdołała wymówić, mimo suchości w gardle i bólu; traciła wzrok. – Proszę…
Zaśmiał się, głucho, lodowato, ukazując pokryte wiśniową cieczą zęby. On nie miał serca, on był neutralny, obojętny, skupiony na sobie, na swoim zadaniu.
– Jeszcze nie teraz, moja mała, to nie twój czas. Wrócę, gdy będziesz najszczęśliwsza – powiedziała jej śmierć.”

 

Pamiętałaś?
Nigdy nie zapomniałam.

                        
* tytuł: Stanisław Barańczak  – „Widokówka z tego świata”
Piotr Adamczyk

18 komentarzy:

  1. w moje imieniny, cudowny prezent :*
    klepie sobie miejsce. /Lebrun

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. oh god, wyłączyłam się zupełnie z tego światka blogowo/twitterowego i zapomniałam w rezultacie skomentować. i'm sorry.
      zacznę może, że to, co tutaj napisałaś było zupełnie inne niż dotychczas. dużo radości, miłości i szczęścia. pięknie, że wszystko się im tak ułożyło.
      oczywiście myślałam, że w trakcie porodu ona umrze, zważywszy na jej serduszko, ale jednak nie. żyje, whoa. aż dziw, że wytrzymało. jestem teraz ciekawa jak to rozegrasz, co zrobisz dalej. w gruncie rzeczy w epilogu już. jak zakończysz ich losy. bo to piękna historia, nietuzinkowa można rzec. ale właśnie, jest super, kochają się, mają dzieciątko. czego im do szczęścia potrzeba. są ze sobą już tak długo... ale na końcu ten moment, kurcze mam gęsią skórkę, ej.
      wzmianka o jej bracie była poruszająca, jak ją ratował, a sam zginął. smutne, ale coraz częściej się takie coś słyszy. :(
      mam nadzieje, że zakończy się tak, jak chcesz. jak sobie wymyśliłaś, od początku. z Twoją koncepcją. jak nie będzie happy endu, to chociaż taki połowiczny. wiesz jaki, że nie skończyło się wszystko źle. occh.
      pozdrawiam!

      Usuń
    2. Zdaję sobie sprawę, że przebieg ciąży i w końcu poród mogą być odrobinę naciągane, zważywszy na chorobę Nomelle, bo jednak jest to dosyć poważny problem w takich sytuacjach, aczkolwiek nie mogłam uśmiercić jej w tym momencie. Głęboko wierzę, że cuda się zdarzają i właśnie przeżycie porodu, ogólnie donoszenie ciąży uważam za taki malutki cud - w jej przypadku, oczywiście.

      Co do brata N, jestem naprawdę zdziwiona, że nikt nie zwrócił uwagi na delikatną wzmiankę o nim w którymś z poprzednich rozdziałów. Można rzec, że to właśnie on, jego śmierć miały największy wpływ na dalsze losy i psychikę Nomelle. Bo cóż, ten jej strach, momentami bardzo irracjonalny, w którymś momencie się narodził...

      Zakończy się dokładnie tak, jak sobie to wyśniłam - dosłownie. Bo to właśnie od pewnego snu zaczął się Krank. Zaczęli się Oni. Będzie dramatycznie, irracjonalnie, nawet banalnie, ale - dla mnie - pięknie.

      Usuń
    3. właśnie go pamiętałam, był w 5 czy 6 odcinku na samym początku, nawet jego imię tam padło. jako mały chłopiec do niej przyszedł, a później zamienił się w śmierć, która chciała ją "zjeść". ;)

      Usuń
    4. Tak, zgadza się, chociaż ja miałam na myśli początek rozdziału 4 - jest to zapis nocnego koszmaru Nomelle. (Pod)świadomie obwiniała się o jego śmierć, ale również obawiała się swoistej "zemsty" - można rzec, że w jakimś stopniu swoją chorobę pojmuje w ten sposób. Parafrazując, oko za oko, śmierć za śmierć.

      Usuń
  3. też wolałam pisać o chwilach, gdy bohaterzy cierpią. szczęście wydawało mi się takie banalne, że aż trudne do opisania. ale jak Ty możesz to mówić? kiedy wszystko wychodzi Ci idealnie! zazdroszczę Ci! żałuje, że nie umiem/umiała pisać jak TY!

    wieczna fanka - Lebrun

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale nie jest idealnie, ale pracuję nad tym - mam w planach stworzyć coś, co od początku do końca będzie przepełnione szczęściem. Zaczynam małymi kroczkami, bo od jednoczęściówki.

      Umiesz, choć jednak się różnimy - każda z nas jest na swój sposób wyjątkowa. Tak tęskno mi do Twoich słów!

      Usuń
    2. czekam na coś nowego od Ciebie, na coś innego. jestem pewna, że mnie zachwyci, jak wszystko od Ciebie! na tym adresie czy na nowym?

      ja już nie umiem, niestety. chciałabym pisać jednak nie potrafię się przełamać.

      -Lebrun

      Usuń
  4. Nie jestem pewna, czy moje późniejsze teksty będą się diametralnie różnić od tego, co prezentuję w tej chwili. Nie zmienię "sposobu" pisania, a więc klimat wciąż będzie ten sam. Podobnie jak dialogi, którym daleko do takich zwykłych, normalnych. / Na nowym adresie, niech to miejsce pozostanie własnością jedynie tych dwojga.

    Mam przeogromną nadzieję, że kiedyś wrócisz do pisania, mojego maila masz, zawsze możesz coś podesłać, choćby kilka słów. Będę czekać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chyba napisze historię jednej dziewczyny z kluczy-donikąd, zmienię parę rzeczy, wykorzystam niektóre fragmenty i chyba tak zakończę swoją działalność, chyba...

      jak kopiuje tekst na blogspot z worda, to wkleja mi się wraz z tłem, jak to usunąc? moze wiesz?

      - Lebrun

      Usuń
    2. Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli... Ja również piszę w wordzie i dopiero potem kopiuję na blogspota - nie ma z tym żadnego problemu (przynajmniej w moim przypadku).

      Usuń
  5. Będę za nimi tęsknić, są najlepsi.

    P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, dziękuję z całego serca! Te słowa dużo dla mnie znaczą!

      Usuń
  6. Odpowiedzi
    1. Tak śpieszno Ci się z Nimi rozstawać? :)

      Planowałam dodać go jeszcze w sierpniu, aczkolwiek w tym momencie nie jestem pewna, czy mi się uda - epilog nie jest jeszcze dopracowany. Mogę zapewnić jedynie, że będę bardzo się starać, by na przełomie sierpnia i września definitywnie zakończyć tę historię. Z tego względu, iż wrzesień obfituje u mnie w wieloma wyjazdami, potem przeprowadzka, studia i nie jestem do końca pewna, jak to u mnie będzie z tym pisaniem...

      Usuń
    2. i tak, i nie. chce wiedzieć jak się to skończy, ale wiem, że potem przez długi czas możesz nie pisac..

      Usuń