00. "Dotknij sercem szorstkich stron naszej historii - zamknięto tam Ciebie, mnie i naszą nieskończoność"
„Nie opowiem nikomu o swojej miłości, o tym, że mogłabym
spłonąć, gdyby umarł, że każde jego słowo zostaje we mnie i powoli wypiera
pustkę; nie składam się z niczego, co nie jest nim, wspomnieniem o nim,
marzeniem o nim. (…) Nie opowiem nikomu.” *
... w takim razie Ty to zrób, Nick.
*
Zimny wiatr wdarł się przez szczeliny drewnianego okna,
sprawiając, że ciało dziewiętnastoletniej brunetki zatrzęsło się, kiedy,
niedokładnie okryta kocem, w za dużym bladoróżowym swetrze, kartka po kartce,
wertowała stary, zakurzony album. Jej delikatne dłonie sprawnie przewracały stronice,
co rusz zatrzymując się, by z nieśmiałym uśmiechem na ustach bliżej przyjrzeć
się poszczególnym kadrom z jej własnego życia. Nie pamiętała wszystkiego,
zbyt skupiona na pesymistycznych myślach dotyczących niedalekiej przyszłości;
wciągnięta do świata, który napawał ją strachem i odbierał resztki nadziei;
zajęta walką z największym wrogiem - śmiercią.
Boję się, że zabraknie mi czasu. Nie zdążę zrozumieć ludzi, nie
dowiem się, jacy są naprawdę. I zabraknie mi czasu na to, by ktoś mnie
zrozumiał. Boję się szybkich ocen i błędów, które wszyscy popełniają. (…), i
wiesz, we mnie jest masa strachu, o który nikt nawet nie zabiega. *
.
Jego gładkie, długie palce – jakby stworzone do gry na
fortepianie – błądziły po nagiej skórze rudowłosej piękności; obrysowywał nimi
zarys jej pełnych ust oraz dorodnych piersi, gładził subtelnie fakturę jej
skóry, tworzył szlaki wiodące w dolne partie jej ciała, po to tylko by rozpalić
ją do czerwoności.
Zbliżył usta do jej warg, nie dotykając ich - widział pożądanie w oczach dziewczyny, delektował się nim, po czym delikatnie przygryzł jej dolną wargę - ta, jakby w odpowiedzi, wysunęła koniuszek języka, po chwili przejeżdżając nim po wardze partnera. Brązowowłosy uśmiechnął się zadziornie, wsunąwszy obie dłonie pod materiał jej koronkowej bielizny - dłońmi wodził po nieskazitelnie gładkich pośladkach. Nachylił się nad muszelką ucha dziewczyny i, uprzednio dotykając jej językiem, wyszeptał:
– Podnieś się, Shiri.
Kąciki ust rudowłosej uniosły się tajemniczo, kiedy wykonywała
polecenie mężczyzny. Usiadła, krzyżując nogi, po czym chwyciła jego dłoń i
położyła ją w najbardziej intymnym miejscu męskiego ciała. Chłopak pokręcił
przecząco głową, dając jej do zrozumienia, że tym razem to ona ma wić się w
rozkosznej ekstazie spełnienia. Pozwolił, by oplotła nogami jego biodra, po
czym złożył na jej wargach nieco bardziej agresywny pocałunek. Dziewczyna
odrzuciła głowę do tyłu, otwierając lekko usta; z jej gardła po chwili wydobył
się pojedynczy jęk, kiedy wargi i język chłopaka zbliżyły się do brodawek,
które zdążyły już stwardnieć i wznieść się ku górze. Uwielbiał rozkoszować
się widokiem jej nagiego ciała.
–
Jesteś piękna – wyszeptał,
pokrywając jej szyję delikatnymi pocałunkami.
Nie potrafił odróżnić perfum, którymi obficie skropiła się
dzisiejszego poranka, od naturalnego zapachu jej ciała; jego zmysły zatraciły
się w ekstazie podniecenia. Pieścił ją, palcami dotykając najmniejszego skrawka
jej jedwabistej skóry – chciał mieć ją całą. Spijał z jej czerwonych,
przywodzących na myśl krew warg pojedyncze słowa, dźwięki symbolizujące
nieprzejednaną rozkosz, którą tej nocy dawały jej jego ręce, język i wargi.
Zielone tęczówki dziewczyny zaszkliły się w złocistej poświacie
księżyca, który, niczym skrzętnie ukrywający się szpieg, był jedynym świadkiem
ich miłosnego uniesienia. Z ukrycia obserwował ich połączone węzłem miłości
fizycznej ciała; jego niewidzialne oczy odnotowywały każdy najmniejszy ruch
dwojga młodych, mogłoby się zdawać, niedoświadczonych ludzi; nie uchodziły jego
uwadze szemrzące oddechy, którymi ciemnowłosy częstował drobną, o przymkniętych
powiekach rudowłosą dziewczynę. Ich ruchy, z początku wolne, nieśmiałe, teraz
stawały się energiczniejsze - kąsała skórę na jego ramionach, wbijała paznokcie
w naznaczone ekstazą plecy, smakowała go. Języki, splecione w conocnej
walce o dominację, błądziły w głębinach ustnych partnera, a spod przymkniętych
powiek rudowłosej wydostała się pojedyncza łza, torując sobie drogę pomiędzy
lśniącymi śladami. Silna dłoń uniosła jej podbródek, by w chwilę później
nawilżone od śliny wargi raczyć się mogły jedynym wspomnieniem minionych chwil,
które, niczym piękny motyl, przysiadły na jej zaróżowionym policzku.
Na jej ustach pojawił się nieśmiały uśmiech, kiedy mężczyzna
zbliżył dłonie do miejsca jej prawdziwej kobiecości – jego palce sprawnie
uporały się ze skąpym materiałem bielizny, która zakrywała ciemny meszek; i
mimo że czynił to wiele razy, rozpoczął na nowo wędrówkę do dżungli
namiętności, apogeum rozkoszy, którą miał zamiar dać jej jeszcze wiele razy
dzisiejszej nocy. Nabierał w usta krótkie kosmyki, wodził językiem po
zakamarkach jej cielesności, aż słodki smak kobiety dostał się do wnęk jego
języka i policzków. Ich oczy spotkały się na milisekundy – sekundy, kiedy to
rudowłosa bezgłośnie wyszła mu na spotkanie.
Poruszał się w niej miarowo, przeczesywał jej zaognione włosy,
przez cały ten czas patrząc w jej zielone tęczówki, z których wyłaniał się
obraz mężczyzny, który dawał jej spełnienie. Wspólnie przenieśli się do krainy
obopólnej rozkoszy, złączeni własną fizycznością.
– Kochaj mnie, Nick.
.
Cicho przemieszczała się szpitalnymi korytarzami. Mocno
czekoladowe, związane w grube warkocze włosy opadały na ramiona, a zielone oczy
uśmiechały się do każdej napotkanej osoby. Przystanęła po chwili, nasłuchując.
Do jej drobnych uszu dotarł stłumiony głos matki:
– Jak to możliwe,
George? - Jej twarz przyozdobił grymas bólu, a z oczu znikały powoli iskierki
nadziei. - Mówiłeś przecież, że w najbliższym czasie dojdzie do przeszczepu.
– Są inni, Sally -
przerwał jej mężczyzna w białym fartuchu. – Wiesz, jakie są przepisy. Musimy...
– ... wierzyć, tak?
Musimy mieć nadzieję? – Głos kobiety rozszedł się echem po korytarzu, kiedy
drobnymi rękami odtrącała wyciągnięte w swoją stronę ręce lekarza. – A co jeśli
już mi jej zabrakło? Nie chcę wierzyć ani mieć nadziei, chcę wiedzieć, że ona
nie umrze, rozumiesz?
Przez kilkanaście zabarwionych milczeniem sekund mężczyzna
wpatrywał się w puste oczy kobiety, by po chwili cicho powiedzieć:
– Rozumiem. – Kobieta stojąca przed nim czuła, jak coś w środku niej pęka, jakby los pociągał za sznurki jej serca, powoli kolejne wyrywając. – I robię, co w mojej mocy, wierz mi.
– Rozumiem. – Kobieta stojąca przed nim czuła, jak coś w środku niej pęka, jakby los pociągał za sznurki jej serca, powoli kolejne wyrywając. – I robię, co w mojej mocy, wierz mi.
– Nie, George, nie
rozumiesz. Nie rozumiesz lęku, który towarzyszy mi w drodze do jej pokoju z
samego rana, kiedy idę sprawdzić, czy jeszcze oddycha. Nie rozumiesz
bólu, który stał się nieodłącznym elementem mojego życia. To tylko puste
słowa... – Zagryzła wargę, dusząc w sobie przekleństwa, które miała ochotę
wykrzyczeć na oczach wszystkich. Zanim ponownie odtrąciła ręce postawnego
mężczyzny i odwróciła się, zdążyła wyszeptać po raz kolejny: – Nic tak
naprawdę nie rozumiesz.
Świadek tego zdarzenia, szczupła brunetka, o mlecznobiałej
cerze, słysząca każde słowo, widząca każdy gest, odwróciła się. Jej ciałem
zawładnął strach - paraliżował każdą labilną komórkę jej ciała; unosił w górę,
pozwalając, by nadzieja znalazła sobie miejsce w jej chorym, słabym sercu, a
potem – ni stąd, ni zowąd - zrzucał ją z obłoków wyobrażeń o bezpiecznej przyszłości.
Pozwalał, by tonęła – zmieszana, lękliwa, odziana jedynie w ból i
cierpienie. Lubił ją taką.
Strach wybrał ją sobie jako kochankę.
Szła, wpadając na ludzi – nie rozpoznawała ich twarzy, mimo że
niektórych nazywała przyjaciółmi; kontury rozmazywały się, a w barwnych plamach
nie potrafiła rozróżnić pojedynczych odcieni. Lepkie macki potu wpełzły na jej
czoło, a krople łez wżerały się w skórę. Cierpiała. Nie wiedziała, czy
bolała ją świadomość własnej śmierci, która miała nadejść niebawem, czy fakt,
że nie poznała jeszcze smaku młodości.
Złapała się za pierś, przyciskając drobne, acz długie palce,
mając nadzieję, że ten prozaiczny gest uwolni jej ciało od bólu. Za sprawą łez,
które były naturalnym odruchem obronnym jej serca, i posklejanych resztkami
tuszu rzęs, nie widziała nic – szukając sali, kierowała się instynktem, który
podpowiadał jej, gdzie iść. Jej bezbronne, podatne na wszelkie bodźce ciało nie
miało już siły; najmniej sprawny, a
jednocześnie jeden z najważniejszych organów wysyłał jej jednoznaczne sygnały.
Przez podrażnione suchością gardło nie był w stanie przedostać się żaden dźwięk
– dziwiła się, dlaczego nikt nie przychodzi z pomocą, a zarazem zastanawiała
się, skąd ta pomoc miałaby nadejść.
Na swych ramionach, odzianych w szpitalną piżamę poczuła czyjeś
silne ręce – pomoc nadeszła.
To
Twoja walka o przetrwanie, Nomelle.
.
Z delikatnie rozchylonych warg wydostało się nikotynowe koło,
wędrując ku górze, by po chwili zniknąć w atmosferze, rozłożone na miliony
małych atomów trującego dymu. Ciemnowłosy chłopak poprawił jedną ręką niedbale
zarzucony na biodra satynowy materiał, po krótkiej chwili przyozdabiając twarz
cynicznym uśmiechem – jego czekoladowy wzrok spoczął na białej, o
postrzępionych końcach kartce; dowodzie jego przegranego życia.
Pogrzebałem marzenia, z premedytacją zabiłem samego siebie,
pożegnałem rodzinę i przyjaciół, zakopałem pasję głęboko w ziemi i sprawiłem,
że parę milionów ludzi znienawidziło mnie już na zawsze; a wszystko to
siedemnastego dnia listopada dwutysięcznego szóstego roku, kiedy postanowiłem
sam decydować o własnym życiu i odszedłem z zespołu. Samobójstwo niedoskonałe?
Możliwe, mimo wszystko nadal egzystuję i mam wrażenie, że jestem jednym z
najgorszych skurwysynów tego świata.
*
… obiecaj, że prosisz o to ostatni raz.
Obiecuję.
*
soup.io/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz