poniedziałek, 10 czerwca 2013

02. "Cichy głos poranka rozbrzmiewa w moich myślach, aksamitny powiew Twojej obecności nie daje mi zasnąć; niebieska fontanna uczuć, rozkoszy doznanych przy Tobie powoduje radość mojego serca głodnego Ciebie"*

 
Gwiazdce na Onet’owym niebie, mojej inspiracji, pocieszycielce, rękawowi do wypłakania, prywatnemu krytykowi, najwierniejszej fance, cudownej dziewczynie. Bo Twoje ´dzień dobry, wierzę w Ciebie, do widzenia´, obecność, słowa, wrażliwość nie pozwalają mi stąd odejść. Bądź przy mnie, bądź obok.



Lebrun, Tobie.



*

 

Stąpali miarowo po lekko oblodzonym chodniku. Stukot jej butów przecinał ciszę, która kilkanaście minut temu szczelnie okryła ich swym kocem. Patrzyli przed siebie, nie spoglądali na swe twarze, ich palce jedynie od czasu do czasu stykały się, gdy którekolwiek z nich przesunęło rękę nieco w bok. Uśmiechnął się, bo wiedział, że tego nie zobaczy – było mu dobrze, w tej krótkiej chwili poczuł, że ktoś go potrzebuje; ktoś słabszy i kruchszy od niego.

Gdzie idziemy, Nick? – Odwróciła twarz w jego stronę, tak tylko na chwilę, a jej usta zadrżały. Przygryzła wargę  pomyślał, że gdyby zrobiła to za mocno, nie dojrzałby krwi; ich czerwień kusiła.

Przystanął i puścił uchwyt brązowej torby, zmuszając ją tym samym, by uczyniła podobnie. Z jego gardła wyrwało się ciche westchnienie, kiedy uniósł nieco głowę i, z nonszalanckim uśmiechem na ustach, włożył rękę do kieszeni znoszonych Levi’sów, by chwilę później wyjąć z nich paczkę czerwonych Marlboro.

– Nie masz nic przeciwko, prawda? – zapytał, unoszą w znaczącym geście papierosa. Pokręciła przecząco głową. – Mam wrażenie, że się mnie boisz, Nomelle. – Otworzyła usta, a jej głos został przerwany jego cichymi słowami; wydawał się zmęczony: – Nie jestem święty  zapewne już się tego domyśliłaś, ale nie zrobię ci krzywdy, rozumiesz? – Wypuścił ustami tytoniowy dym, który w zaledwie kilka sekund zdążył otulić jego płuca, by po chwili, po kilkunastu następnych, które zabarwione były milczeniem, wyrzucić papierosa, nie dopalając go nawet do połowy. Spojrzał w jej lękliwe oczy, od których próbowała odwrócić uwagę szerokim uśmiechem lekko karmazynowych ust. – Nie musisz się mnie bać, nie skrzywdzę Cię. Jesteś w stanie w to uwierzyć? – Przełknął ślinę, wpatrując się w jej bladą twarzyczkę. Wreszcie nieśmiało pokiwała głową,  długie, czarne jak węgiel rzęsy rzuciły cień na blade policzki, gdy przykryła kurtyną powiek rumiankowe tęczówki.
 
Zwilżył wargi i ponownie złapał uchwyt torby, czekając aż zrobi to samo. Od czasu do czasu zerkał w jej stronę, jakby dla upewnienia, że na pewno tam jest, zaraz obok jego lewego ramienia, niższa od niego o głowę. Uśmiechał się delikatnie, pewnie nieświadomie, a w jego oczach pojawił się na kilka krótkich chwil dawny blask, dodający jego ciemnym tęczówką uroku. Podobał się taki kobietom, wiedział o tym.

– Nick? – Uchwycił jej spojrzenie, było w nim trochę mniej strachu. – Nie powiedziałeś, gdzie idziemy...

– Do mnie. – Zaciągnęła się szybko powietrzem, a z pomiędzy jej warg wydostał się cichy jęk przerażenia. Spuściła głowę, twarz zasłoniły ciemne kosmyki. Nie zobaczył różu rozlewającego się po pergaminowych policzkach. – Hej, spokojnie. – Wiedział, że się boi, pachniała strachem, niczym najlepszymi perfumami. – Powiedziałem, że nic ci się nie stanie. Nie kłamałem. – Chciał dotknąć skóry jej dłoni, już nawet wyciągnął palce, zrobiłby to, gdyby nie jej spojrzenia w tamtej chwili, które pomknęło właśnie w tym kierunku. Cofnął rękę; jesteś zbyt wielkim tchórzem, chłopcze, wiesz o tym, prawda? Wiedział.
 
 
 
 
.
 
 
... nie mówiła wiele, nie odzywała się często z początku tylko słuchała. Przez pierwsze wspólnie spędzone godziny zdążyłem poznać zaledwie Jej imię. Potem tłumaczyła, że chciała, bym się przed Nią otworzył... pierwszy raz od dłuższego czasu miałem wrażenie, że komuś naprawdę na tym zależy. Chciała mnie poznać. Nie Nicka Jonasa, słynnego muzyka i pasjonata dobrej zabawy. Mnie, człowieka.
 
Trzask przekręcanego w zamku klucza rozniósł się echem po pustym mieszkaniu. Odwrócił się do niej twarzą, wzrokiem szukając rumiankowych tęczówek.
– Od bardzo dawna nie potrzebowałem chować się przed światem, dlatego mam nadzieję, że stan mieszkania i wszystko to, co ujrzysz za tymi drzwiami, nie sprawi, że nie będziesz chciała przekroczyć progu tego domu, Nomelle. – Mówił wolno i, zdawało jej się, bardzo poważnie, sądząc po twarzy, z której znikły wszelkie ślady dotychczasowego rozbawienia. – Witaj w moim świecie.


Nacisnął klamkę i popchnął delikatnie mahoniowe drzwi, przez co rozwarły się niemal na całą szerokość. Zapraszającym gestem uniósł rękę i postąpił krok do tyłu, dając jej możliwość pierwszej konfrontacji z bałaganem, który był synonimem jego życia.
Ominęła torbę i jego walizkę, które przed kilkoma minutami opadły z głuchym łoskotem zaraz obok drzwi, nieśmiało unosząc głowę i omiatając wzrokiem wnętrze mieszkania – przysiadała nim na ciemnych meblach, parapecie, na którym nadal stał czerwony kubek, i ścianach, z których uśmiechały się do niej czarno-białe fotografie. Przekroczyła próg, a nogi same poniosły ją w stronę dużego okna. Przejechała palcami po ścianie w kolorze karmelu, po chwili wodząc nimi wzdłuż parapetu, na którym gościło kilka czarnych poduszek.
Ładnie i przytulnie. – Jej głos wypełnił pomieszczenie, na co Nicholas odwrócił się w kierunku, skąd dochodził, po chwili jednak podążając w stronę kuchni.
Tu jest jeszcze w miarę czysto, trzeba jedynie wywietrzyć i umyć naczynia, które są porozwalane po całym pokoju – krzyknął, a ona dopiero wtedy zwróciła uwagę, że oprócz kubka w pomieszczeniu znajduje się jeszcze kilka innych szklanek i talerzy. – Wejdź do sypialni, a dopiero wtedy przekonasz się, co miałem początkowo na myśli.
Rzuciła przelotne spojrzenie w stronę waniliowych, rozsuwanych drzwi, do których posuwistym krokiem po chwili dotarła. Złapała oburącz za uchwyt i płynnym ruchem szeroko je rozwarła. Przemykała spojrzeniem po plastikowych kubkach, szklankach i kieliszkach, na których dnie widziała niedopite resztki czerwonego alkoholu. Wpatrywała się w kartony po mleku i opakowania po ciastkach i chipsach, które zajmowały dużą część ogromnego, nie pościelonego łóżka.
Powiedzmy, że ostatni raz świat bardzo mnie przytłoczył i nie potrafiłem sobie z tym poradzić. – Usłyszała za sobą.
Odwróciła się powoli. Nie odważyła się nawet unieść kącików ust w nieśmiałym uśmiechu, chwilę też trwało, zanim spojrzenie, w którym kryło się zrozumienie, pomknęło ku jego postaci. Stał oparty o framugę drzwi, z rękoma skrzyżowanymi na piersi, którą opinał czarny podkoszulek. Uśmiechał się smutno, a ona miała wrażenie, że maska, pod którą skrywał twarz, właśnie leży u jego stóp – przez kilkanaście długich sekund, które jawiły się jej jako wieczność, nie ruszył się, by ją podnieść.
Nie zamierzam cię oceniać, Nick – powiedziała cicho, odwracając wzrok od jego czekoladowych tęczówek. – Przecież każdy z nas miewa takie chwile, prawda?
 
... w tamtym okresie, zimową porą, świat przytłoczył Ją swą brutalnością, obojętnością i znieczulicą aż dwa razy.
 
 
Wyznała Ci to?
Nie musiała, nie byłem ślepcem. Nie udawałem, że nie widzę.
 
.
 
 
– Lodówka jest pusta.
Jego melodyjny głos rozproszył ciszę, na co brunetka przeniosła wzrok na jego twarz i nieśmiało się uśmiechnęła. Poruszyła bladą dłonią, unosząc ją w górę, by po chwili poklepać miejsce koło siebie, a palcami drugiej dłoni obrysowywać linię naszyć na poduszce, która spoczywała na jej kolanach. Pokonał parę kroków, dzielących kanapę od parapetu, na kancie którego siedział jeszcze przed chwilą, po czym głośno wypuścił powietrze z płuc.
Dlatego musisz wybrać się na zakupy – stwierdziła po chwili.
Przyglądał się, jak długimi palcami wodzi wzdłuż szlaków niebieskich zdobień, a ciemne kosmyki opadają na ramiona, które jeszcze do tej pory okrywał beżowy płaszcz. Nie umknęło jego uwadze, że palce jej prawej dłoni delikatnie drżą, a na usta nie wypełza lekki uśmiech karmazynowych ust, który byłyby w stanie uporać się z okruchami niewiary i zrezygnowania, zalegającymi w ich kącikach. Podniósł się z mlecznobiałej kanapy i pewnym krokiem podszedł do drzwi.
Nick?
Z ręką na klamce, przystanął. Nie całkowicie się odwracając, przechylił twarz w stronę brunetki, która kurczowo trzymając w dłoniach poduszkę, cichutko poprosiła:
Nie wracaj późno, dobrze?
Niedostrzegalnie skinął głową, opuszczając pomieszczenie.
 
 ...i szukam Cię w każdym zdjęciu, pokoju i oknie, gdy nie ma Cię obok. Wiedziałeś?
.
 
W powietrzu unosi się zapach śmierci i strachu, który wżera się w moje płuca, powoli je pochłaniając.
Ubywa mnie. Tak bardzo się boję, że zniknę, nie zaznawszy szczęścia.”
 
 
Z każdej strony przenikała ją cisza, a ona bawiła się strachem, z uśmiechem na ustach nucąc nie do końca znaną melodię. Z podkurczonymi nogami siedziała na kanapie, zajmując sporą jej część i wsłuchując się w dźwięki dużego miasta, dochodzące tuż zza uchylonego okna. Przyglądała się, jak lęk pod dotykiem jej gładkich palców z każdą chwilą staje się coraz mniejszy, by w rezultacie wkrótce całkowicie zniknąć z zakątków jej serca i duszy, do których dostał się, dogłębnie je pochłaniając i owijając ciepłym szalikiem, jakiś czas temu.
Zniknął strach dnia codziennego i niedalekiej przyszłości, lecz pozostał lęk przed największym wrogiem, który mógł pojawić się u jej drzwi bez zapowiedzi w każdej chwili, a ona nie byłaby w stanie się przed nim schować. Chciała grać w wieczną ciuciubabkę ze śmiercią, lecz wiedziała, że zabawa z góry skazana jest na porażkę, a karty jej życia dawno temu spalone.
 Och, głupia! Zawsz będę z Tobą, aż po grób, słyszysz?
Ja, Twój kochanek, przyjaciel i największy wróg Strach.
Uniosła głowę w chwili, gdy usłyszała ciche pukanie. Zanim z jej podrażnionego suchością gardła wydostało się jakiekolwiek słowo, klamka poruszyła się, a chwilę później mahoniowe drzwi. Wstała, w ręku nadal trzymając poduszkę, po czym oddaliła się od kanapy o parę kroków. Zagryzła wargę, a rumiankowe spojrzenie przeraźliwie dużych oczu skierowała w stronę powoli wynurzającej się tuż zza drzwi głowy. Nie uciekłaś daleko, znów jesteś moja, nałożnico swego pana.
Jest tu kto? – Oczy nieznanego staruszka odnalazły jej twarz, a na ustach wykwitł nieśmiały uśmiech. – Jesteś sama, młoda damo?
Tak, ale Nick zaraz wróci, wyszedł tylko na chwilę... – Palce jej prawej dłoni zacisnęły się na materialne poduszki, a wzrok spoczął na sylwetce siwiejącego mężczyzny, który postąpił parę kroków do przodu, nie domykając drzwi.
Masz zapewne na myśli tego młodego mężczyznę, który od czasu do czasu do czasu tu pomieszkuje? – Pytanie zawisło na krótko chwilę w powietrzu, zanim brunetka zwilżyła wargi i kiwnęła nieznacznie głową. – Pamiętaj, że nie musisz robić wszystkiego, o co cię prosi, moje dziecko. Wiele tu takich przyprowadzał, nierzadko wychodził potem z płaczem. Ty nie wyglądasz na taką... – Jego troskliwe spojrzenie otuliło jej smukłą postać, w chwili gdy przeniósł ciężar ciała na drugą nogę.
Jestem tu z własnej woli – powiedziała cicho. Zaschło jej w ustach; znowu się bała.
Uśmiechnął się, przez co zmarszczki w kącikach ust uwydatniły się jeszcze bardziej, a do oczu wkradły się przebłyski troski i niedowierzania. Rozwarł drobne wargi, z których wypłynęła poprawna angielszczyzna z pozostałościami niemieckiego akcentu:
Jesteś jeszcze taka młoda, kochanie, szkoda, żebyś przez jednego nicponia marnowała sobie życie.
Uniosła głowę, spojrzenie rumiankowych tęczówek wlepiając w mężczyznę. Podeszła do mlecznobiałej kanapy, niedbale odkładając poduszkę, po czym wymówiła wolno i wyraźnie:
Dlaczego pan to mówi? Przecież pan go w ogóle nie zna. – Na jej bladej twarzyczce pojawił się grymas, a w oczach zdecydowanie i upór. – Nick nie jest taki, słyszy pan?
Przyglądał się jej się przez chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy, aż z jego ust wydostało się ciche westchnienie, które z kolei chwilę później przerodziło się w krótkotrwały atak kaszlu, a schorowane ciało mężczyzny zgięło się wpół w najboleśniejszym jego momencie. Nomelle postąpiła parę kroków do przodu, chcąc w jakikolwiek sposób pomóc mężczyźnie, lecz ten wyciągnął rękę przed siebie, tamując jej drogę. Po chwili w pomieszczeniu zapadła cisza, którą staruszek w końcu przerwał:
– Masz rację, jestem tylko schorowanym starcem, który o życiu wie bardzo niewiele. – Zlękniona i zawstydzona spoglądała na jasną twarz mężczyzny, a dostrzegłszy na niej nikły uśmiech i czułość w niebieskawych oczach, skuliła się w sobie jeszcze bardziej.
To nie tak, ja wcale nie... – mamrotała, widząc, że staruszek odwraca się do niej plecami, chcąc wyjść.
Mimo wszystko, wiedz, młoda damo, że piętro niżej mieszka wścibski starzec, który chętnie pomoże, gdy o to poprosisz. – Zanim mahoniowe drzwi z cichym trzaskiem się za nim zamknęły, ściszonym głosem dodał: – Pytaj o Alfreda, kochaniutka.
 
Kilkanaście minut później, wpatrzona w biały puch za oknem, pierwszy i ostatni raz zadała sobie pytania, czy i ona zna prawdziwego Nicka Jonasa.
Odpowiedziała jej głucha cisza.
 
.
 
Przed kilkoma minutami obudziłem się zlany potem, t o znów powraca. Mam wrażenie, że jestem zaledwie pionkiem w rękach szatan; królikiem doświadczalnym w rękach obłudy, fałszu i zwykłego strachu; pacynką w rękach show-biznesu.
 
Alkohol, papierosy & sex.
 
Śledził kakaowym wzrokiem uginającej się od towarów półki, co kilka chwil wyciągając rękę i ściągając z niektórych potrzebne produkty. Z każdą minutą, podczas których z wózkiem zatapiał się w sklepowych alejkach, coraz bardziej zatroskany, zastanawiał się, co robi blondynka, podczas gdy on próbował zgadywać, co lubi i na co ma ochotę w ten zimowy wieczór. Zatrzymał się przed stoiskiem z herbatami. Zagryzając wargę, tępo wpatrywał się w napisy na opakowaniach. Prawa ręka opadła na prawej kieszeni spodni, po chwili wyciągając z niej niewielki telefon – cicho przeklął, uświadomiwszy sobie, że nie ma numeru telefonu dziewczyny. Po kilku chwilach w koszyku wylądowało kilka opakowań, a on skierował swe kroki ku kasie.
 
Szybkim krokiem przemierzał zaśnieżone ulice, w rękach niosąc kilka zapełnionych zakupami toreb. Gdy jego tęczówki z daleka rozpoznały zarys konturów kamienicy, w której mieszkanie wynajmował, przyśpieszył, starając się nie potrącać mijanych ludzi. Śnieg chrzęścił pod podeszwami jego zimowych butów, a on z nikłym, prawie niewidocznym uśmiechem na ustach, przekroczył próg budynku. W kilku susach pokonał stopnie pierwszego piętra, zmierzając ku następnemu, kiedy z otwierających się drzwi ujrzał twarz starca, który za nim nie przepadał. Z gorzkim uśmiechem na ustach kiwnął głową mężczyźnie, pokonując kolejne kilka stopni. Dotarłszy pod drzwi, przystanął, a klamka pod naciskiem jego łokcia skierowała się ku dołowi.
 
Nabrał powietrza do płuc, wzrokiem błądząc po mieszkaniu w poszukiwaniu brunetki. Jego buty pozostawały po sobie ślady roztopionego śniegu, kiedy miarowo stąpał, przybliżając się z każdym krokiem w stronę mlecznej kanapy. Leżała skulona, a beżowy płaszcza zakrywał jej drobne ciałko. Nie ruszył się z miejsca jeszcze przez chwilę, przyglądając się jej gładkiej, rozmarzonej w ekstazie snu twarzy, aż zakupy zaczęły mu ciążyć. Rzucił okiem na twarz dziewczyny, po czym skierował się w stronę kuchni. Odłożył zakupy na białym, lekko pobrudzonym stole, pozwalając, by ciemny płaszcza opadł na pobliskie krzesło, a sam ponownie podążył ku niedużej sofie. Ukucnął przy niej i patrzył, jak malinowe ustka rozchylają się delikatnie, jakby chciały mu opowiedzieć najpiękniejsze sny. Nadal tu była, nie odeszła jak wszystkie inne. Jego czekoladowe tęczówki przykryła kurtyna zadowolenia, gdy powolutku zbliżył zziębnięte palce do jej twarzy i odgarnął brązowy pukiel jej włosów, zasłaniający jedno z zaróżowionych policzków. Podniósł się, zabierając dłoń, gdy jej szczupłe palce zahaczyły o jego, przytrzymując je.
Jesteś – wyszeptała, wpatrując się w jego zabarwiane kakaowym barwnikiem oczy.
Jestem – powtórzył otępiale, a ona, nie zważając na płaszcz, podniosła się do pozycji siedzącej, opuszczając schowane w czerwonych skarpetkach stopy na podłogę. Zaciśnięte piąstki zagłębiały się w mlecznobiałej kanapie, a długie włosy zakryły zarumienioną twarzyczkę, gdy delikatnie ujęła wyciągnięta w swoją stronę rękę bruneta. Kurczowo zaciskała swoje drobne palce na jego dłoni, czując, jak bardzo jest zimna. Z przyklejonym uśmiechem na ustach, pozszywanym grubą nicią sercem i wzrokiem utkwiony w duszy tego drugiego nie widzimy już siebie; rodzimy się na nowo. Patrz, obserwuj!
 
 

 
.
 
 
Jeśli możesz mi jakoś pomóc, to zrób to.
Naprawdę stoję nad przepaścią i boję się, że po tym wszystkim, to już chyba będzie koniec.”*

 
 
Wiem już, że na imię ci Nomelle, jesteś dziewiętnastolatką, która ma wiele lęków i to przed nimi się chowa. Umiesz i lubisz słuchać, kochasz piękno, cieszą cię drobne rzeczy. – Zanurzył spierzchnięte wargi w malinowej herbacie, upijając łyk. – Nie uważasz, że to trochę mało?
Przeciwnie, wiesz o mnie stosunkowo dużo, Nick, zważywszy na fakt, że nie lubię otwierać się przed obcymi ludźmi. – Jej rumiankowy wzrok zatrzymał się na biało-czarnej fotografii, a ona sama przechyliła nieco głowę. – Ja wiem o tobie znacznie więcej i pozwól, że na razie tak zostanie.
Uśmiechnęła się lekko, oblizując wargi. Po chwili z jej gardła wydobyło się ciche westchnienie.
Smakuje ci, prawda? - Jego melodyjny głos przeciął ciszę, a dziewczyna spojrzała na bruneta wzrokiem, w którym kryło się niezrozumienie, dlatego po chwili dodał, wskazując głową na zielony kubek: – Herbata.
A, tak, jest pyszna. – Westchnęła przeciągle. – Co ja tu tak właściwie robię, Nick?
Siedzisz na kanapie i pijesz malinową herbatę.
Dobrze wiesz, że nie o to pytam. – Odstawiła kubek na dębową podłogę, tuż obok sofy, po czym podkurczyła nogi i oplotła je rękoma. – Wyjeżdżałam z myślą, że będę zmuszona poradzić sobie sama. Wiedziałam, że jestem w stanie to zrobić. – Oparła policzek na kolanach. – Potem pojawiłeś się ty, niczym królewicz na białym rumaku, ratując księżniczkę z opresji. Opiekujesz się mną, praktycznie nic o mnie nie wiedząc. Dlaczego?
Pytanie zawisło w powietrzu na krótką chwilę, zanim zdecydował się odpowiedzieć. Przejechał końcem języka po dolnej wardze, zatrzymując go na dłuższą chwilę w kąciku ust i spoglądając w jej zielone oczy.
Uwierzysz, jeśli powiem, że nie mam pojęcia? – Uśmiechnął się niedbale, głośno wdychając powietrze nosem. – Może dlatego, że wiem, co teraz przeżywasz i co starasz się udowodnić sobie i pozostałym? Ucieczka nie jest dobrym rozwiązaniem, Nomelle. Sądzę, że powinnaś to wiedzieć – dodał po chwili, gdy nie odezwała się ani słowem.
Czułeś się kiedyś zamknięty w złotej klatce? – zapytała cicho spod kaskady ciemnych włosów, nie podnosząc z kolan głowy. – Klucz do niej był bardzo blisko, ale nie mogłeś go dosięgnąć, choć próbowałeś na wszelkie sposoby. Byłeś bezsilny i to uczucie doprowadzało cię do szału. Chodziło o twoje szczęście, twoje życie i los, a ty nie miałeś na to wszystko wpływu. – Rumiankowym spojrzeniem odszukała oczu bruneta. Patrzyła w nie przez chwilę, aż po porcelanowym policzku spłynęła słona kropla, którą szybko starła jednym ruchem nadgarstka. – Ja się tak czuję codziennie, Nick.
Przyglądał się, jak stara się powstrzymać kolejne łzy, i sam nie wiedział, kiedy jego dłoń przylgnęła do jej. Chwycił jej mlecznobiałe palce i przez krótki czas nie puszczał, aż dziewczyna omiotła jego twarz zdziwionym spojrzeniem.
Nie potrzebuję litości. – Wyrwała swoją zimną dłoń z jego uścisku, spuszczając wzrok i zagryzając wargę.
To nie litość. – Jego szept rozniósł się echem po mieszkaniu i zatonął w brązie jej włosów. – To zrozumienie, Nomelle.
Ponownie zanurzył swoje wargi w zimnej już cieczy, by po chwili odłożyć kubek na podłogę. Tonęli w przejmującej ciszy, którą każdy z nich bał się zburzyć nawet głośniejszym wdechem czy najcichszym z szeptów. Brunetka drżącym palcem wodziła po niemalże nagiej skórze uda, co kilka chwil spod kurtyny gęstych rzęs spoglądając na bruneta, który od dłuższego czasu wpatrywał się w dal tuż za oknem.
Nie myśl, że tylko ty poznałaś, czym jest bezsilność – zaczął z wolna, ze wzrokiem utkwionym tuż ponad jej głową. – Nie wyobrażasz sobie, jak wiele jej kolorów zdążyłem poznać w stosunkowo krótkim czasie. Nie obwiniam o to nikogo, nie zrozum mnie źle – rzucił mimochodem, spojrzenie kakaowych tęczówek przenosząc na jej karmazynowe, półotwarte usta. – Sam jestem sobie winien, bo taką, a nie inną drogę obrałem, ale czasem człowiek potrzebuje wiedzieć, że mimo iż jest skończonym dupkiem, ma kogoś, kto wyciągnie do niego pomocną dłoń. – Przełknął głośno ślinę i włożył do ust ostatnią nitkę makaronu. – Ja nie mam nikogo takiego.
– Żałujesz? – Jej rozchylone wargi łaknęły odpowiedzi, a oczy mówiły mu, że rozumieją i nie chcą potępiać.
Kilkanaście miesięcy temu z pewnością odrzekłbym, że nie mam czego.
A jak jest teraz, Nick?
Wpatrywał się w jej bladą twarz, jakby mając nadzieję doszukać się tam odpowiedzi, po czym przeczesał ręką niesforne włosy.
Myślę, że powinniśmy iść już do łóżek. - Podniósł się z kanapy i wystawił w jej stronę dłoń, którą po chwili wahania ujęła. – Jutro też jest dzień, prawda? – zapytał szeptem, tuż nad jej uchem. Każdego dnia odkrywałaś mnie na nowo, każdego dnia dawałeś mi siebie.
 
.
 
Mlecznobiałą dłonią wodziła po materiale pistacjowej pościeli. W powietrzu unosił się zapach waniliowej herbaty, która stała nietknięta na drewnianym stoliku nieopodal łóżka. Po chwili wahania usiadła, najciszej jak potrafiła, na jego skraju. Ciemne włosy opadły na lekko zaróżowione policzka, a długie rzęsy rzucały na nie cień. Przełknęła ślinę, przenosząc wzrok na odwróconą w swoją stronę twarz bruneta:
A gdzie ty będziesz spał, Nick? – Szept jej głosu przeciął ciszę, która otuliła ich swym kocem kilka minut temu.
Na kanapie – odrzekł, rzucają okiem na białą koszulę nocną, sięgającą jej do połowy uda. Kurczowo zaciskała na jej końcach drobne piąstki.
Materac ugiął się pod ciężarem jego ciała, gdy wstał. Zagryzł wargę i podszedł do stolika, zapalając stojącą na nim lampę. Pokój oświetlił niewielki promień światła, a do jego nozdrzy dotarł słodki zapach wanilii, którą tak uwielbiał.
Wypij, zanim do końca wystygnie – rzucił, kątem oka spoglądając na jej kształtną buzię, którą przyozdobił nieśmiały uśmiech jej malinowych warg.
Odwrócił się, chcąc opuścić sypialnię, kiedy na swej dłoni poczuł ciepły dotyk kobiecych palców. Czekoladowe spojrzenie najpierw powędrowało ku dołowi, na palce, które kurczowo obejmowały jego, by po kilku chwilach przenieść się na twarz brunetki. Spoglądał w jej duże oczy, czekając.
To fortepian, prawda? - zapytała cicho, głową wskazując na przeciwległą ścianę, na której tle malował się potężny, owinięty w biały materiał instrument. – Zagrasz coś?
Nieświadomie, wyjątkowo głośno nabrał powietrza, zaciskając mocno wargi. Jego dłoń wydostała się spod ucisku jej długich palców. Mimo iż szukała spojrzeniem jego kakaowych, stale ciemniejących tęczówek, odwrócił głowę. Wzrok nadal miał wlepiony w okno tuż zza jej plecami, gdy powiedział z wolna:
Nie usłyszysz dźwięków tego instrumentu teraz ani nigdy później. – Jego głos zdawał się być zimny, a ona sama mocniej zacisnęła palce na gładkiej pościeli. – Ani ty, ani nikt inny, Nomelle. Rozumiesz? – zapytał po chwili, kucając i prawą, zaciśniętą w pięść dłoń opierając na łóżku.
Poczuła na swym policzku jego miętowo-papierosowy oddech, od którego zakręciło jej się w głowie. Przeraził ją ton jego głosu, dlatego szybko pokiwał głową, nie spuszczając oczu z jego twarz, w której dopatrzyła się nowego, obcego dla niej elementu. Uśmiechnął się lekko. Wpatrywał się w jej pociągłą, naznaczoną strachem twarz przez chwilę, aż wstał i opuścił pomieszczenie, racząc jej uszy krótkim dobranoc.
 
 
Boję się takich dni, jak ten. Boję się, że się obudzę i już Cię nie poznam. Boję się wtedy Twojego głosu i oczu, które robią się ciemniejsze. I boję się siebie. Boję się, że odtrącę Twą dłoń i nie będę wstanie zdusić krzyku. Boję się łez spływających po porcelanowym poliku. I boję się samego strachu i tego, co potrafi zrobić. I wiem, że Ty też się boisz. Tego boję się najbardziej, Nick.
 

Dlaczego, Nick? Nic nie zrobiła, tylko zapytała…
Dla Ciebie to tylko instrument, dla mnie symbol dawnej egzystencji,
ale nie teraz, nie tu, nie tak.


 
.
 
Tulił do swego ciała wszystkie myśli, które zawładnęły jego umysłem przed kilkunastoma minutami, chłonąc z nich obrazy szczęśliwie przeżytych godzin i dni. Pragnął wspiąć się po krętych schodach na strych swej pamięci i z zakurzonej skrzyni wspomnień wymazać te najgorsze; te, które nękały go co noc i śmiały się prosto w twarz z popełnionych błędów. Miał ochotę wzniecić na ich oczach ogień i po kolei wrzucać do niego każdą najdrobniejszą retrospekcje źle pokierowanego życia, wsłuchując się w ich przeraźliwie głośne krzyki. Chciał dominować, być panem własnego życia, serca i umysłu. W świecie, do którego znienacka został wrzucony, uprzednio nękany wizjami własnego upadku, nie było miejsca na słabości. To on był władcą, tyranem i despotą - miał rządzić sobą i ludźmi, którzy, nieświadomi zagrożenia, po szlakach zapewnień o pięknej przyszłości kierowali się wprost do jego złotej klatki. Tam, zlęknieni spojrzenia niemal czarnych ze złości tęczówek i ostrych słów, sypanymi przez jego wykrzywione w szyderczym grymasie usta, stawali się bezradnymi, łakomymi wolności pacynkami w rękach diabła; jego własną, ogłupiałą i obdartą z indywidualności, armią.
 
Manipulował wieloma, pnąc się po szczeblach kariery i zatracając tym samy siebie. Potykał się, upadał, nie zauważywszy zgniłozielonych pnączy i ostrych kamieni, podrzucanych przez najbardziej zaciekłych wrogów jego ponurej egzystencji. Częstokroć będąc na granicy upadku ostatecznego, w ostatnich sekundach życia na poziomie, na środku wielkiej sceny luksusu i uwielbienia, łapał za nogi ludzi stojących wyżej w hierarchii zwycięstwa i determinacji; śmiał się z udawanej bezsilności, by po chwili gorzkimi językami ognia własnej ignorancji kąsać los, który udało mu się przechytrzyć. Był w końcu panem i władcą; zwycięzcą niepowodzeń z tysiącem laurów na głowie.
 
 
„Pędzę przez życie, nie zatrzymując się na skrzyżowaniach i nie patrząc na drogowskazy. Wybieram krótszą drogę, nie zastanawiając się nad słusznością owego wyboru. Jestem wolny. Uciekam przed demonami przeszłości, potykając się co kilka chwil. Odwracam się i wzrokiem wyszukuję ich twarzy przysłoniętych kolorowymi maskami. Nie potrafię znaleźć ich w tłumie. Jestem ślepy. Przebiegam na czerwonym świetle, będąc o krok od utraty życia. Czuję zapach śmierci i słodkiej krwi, którą mam na palcach. Moje spierzchnięte wargi raczą się wiśniową cieszą, gdy mijam grupkę ludzi. Krzyczą do mnie, lecz dźwięk ich głosu nie dociera do mych uszu. Jestem głuchy. Wsiadam do pożyczonego auta i pędzę z zawrotną prędkością przez osiedlowe ścieżki. Na mym karku przysiadają krople zmęczenia. Czuję wibracje w kieszeniach znoszonych spodni. Wyjmuje telefon i przykładam go do ucha. Chce krzyczeć, przeklinać i szeptać. Nie mogę. Jestem niemy. Zatrzymuję się w lesie, a z mojego gardła wydobywa się cichy szloch. Wyrywam zębami drewniany korek i zachłannie wlewam w siebie alkohol. Zapalam papierosa. Karzę zamknąć się głosikowi w mojej głowie. Odpalam silnik, uzmysławiając sobie, że nie znam drogi. Jestem głupi. Po kilkudziesięciu minutach zatrzymuję samochód przed dużym budynkiem. Wysiadam z auta i żwawym krokiem kieruję się ku wejściu. Jestem u siebie, w domu luksusu, bogactwa i człowieczej zagłady.”
 
 
                                                  „Złóż ręce do modlitwy, Nick. ”
 
.
 
„Połykam kolejne pigułki. Popijam je wodą i słonymi łzami. Mój wiśniowy oddech miesza się z zapachem owocowej gumy i czereśni na parapecie. Opuszkami długich palców szukam niebieskiej bluzy, by zatopić w niej swą zmaltretowaną bólem twarz. Moje kruchutkie serduszku woła o Ciebie. Przyjdziesz?”
 
 
Czekoladowymi tęczówkami wpatrywał się w jej zastygłe w ekstazie snu ciało. Oparty o framugę, trwał w bezruchu jeszcze przez chwilę, by po kilku sekundach bosymi stopami zmierzać po drewnianej podłodze w stronę jej łóżka. Schylał się po pusty kubek, na którym podświadomie doszukiwał się śladów jej drobnych ust, gdy słodki zapach wanilii otulił jego nozdrza. Końcem języka zwilżył wargi, ostatni raz spoglądając na jej bladą twarz. Tak bardzo nie chciał jej przestraszyć.

 

Spoglądam w potrzaskane lustro, niczym jak w swoje podziurawione serce i dusze. Widzę kobietę z tysiącem blizn na pięknej twarzy, naznaczone strachem i cierpieniem rysy. Próbuję odszukać w niej siebie, lecz nie widzę dużych, zielonych oczu, uśmiechu malinowych ust ani kurtyny gęstych rzęs. Szeptam, wiedząc, że nie jest mnie w stanie usłyszeć. Mówię o sobie. Opowiadam swoją historię, która sprawiła, że po zniszczonym policzku kobiety cieknie kryształowa łza. Mówię o zbrodni, grzechu i rozkoszy. Opowiadam siebie. Nie dostrzegam łez, wydostających się z jaskiń mych rumiankowych oczu ani krwi na mlecznobiałych palcach.



Nie widzę
Nie czuję.
Nie słyszę.

Stąpam po kruchym zwierciadle uczuć i własnej wytrzymałości, wykrzykując ból. Mijają godziny, przesycone żarem mych modlitw. Moje wąskie usta układają się w niemą prośbę o ratunek, a palce wodzą wzdłuż ciała, zostawiając na nim wiśniowe ślady. W powietrzu unosił się słodki zapach krwi i roztargnienia, które niczym woda obmywa mą mleczną skórę. Proszę o pokutę. Nie minęła godzina, nim zamilkłam na wieki.

Spowiedź mego serca dobiegła końca.”


Bądź jego pokutą, Nomelle.”




Ty i Ona, dwoje grzeszników…
płacących za błędy młodości; pokutujących dzień i noc.


*Hłasko
*tytuł: Robiwan, fragmenty wiersza


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz