03. "I kiedy Cię żegnam, moje umalowane wargi pozostają nietknięte, a ja i tak noszę szminkę w kieszeni, od kiedy wiem, że masz bardzo piękne usta"*
Alevue, bo czasem sądzę, że nikt nie zasługuje bardziej. Nie wyobrażasz sobie, jak wiele zmieniłaś i czego mnie nauczyłaś. Za wszystko, co było i będzie.
… i Tobie; bo może jutro, za tydzień albo za rok sobie o mnie przypomnisz – możliwe, że nawet wtedy będę czekać.
.
Mijały minuty. Czas biegł niepostrzeżenie
szybko, gdy z kubkiem jaśminowej herbaty podążali w stronę okiennego parapetu, opowiadając
siebie. Minuty przeciekały im przez palce, gdy cichy szept i dźwięczny
śmiech przecinały ciszę. Czas dla nich nie istniał, a świat się zatrzymał, gdy
studiowali swoje twarze i jawiące się na nich palety emocji. Poznawali siebie –
od nowa, od początku.
Chcę, żebyś wiedział, że
uwielbiam kreskówki i lody czekoladowe; że w każdej kropli deszczu widzę
piękno; że boję się burzy i potrzebuję, by ktoś trzymał mnie wtedy za rękę; że
szukam i nie mogę znaleźć siebie; że kocham siedzieć do czwartej nad ranem i
oglądać filmy; że nie lubię popcornu ani zapachu benzyny; że kiedy byłam mała,
topiłam się w jeziorze; że lubię zakładać czerwone ubrania; że nałogowo
obgryzam paznokcie; że nie chcę sama spać; że mam klaustrofobię.
Chcę, żebyś mnie poznał,
Nick.
Mijały godziny. Czas biegł
niepostrzeżenie szybko, gdy z tostem posmarowanym truskawkowym dżem siedzieli w
kuchni, opowiadając siebie. Godziny przeciekały im przez palce, gdy
wspólnie nucili ulubione piosenki, a jego ochrypły głos przecinał ciszę. Czas
dla nich nie istniał, a świat się zatrzymał, gdy powoli rozbierali siebie z
powłok skrępowania i niepewności. Poznawali siebie – od nowa, od początku.
Chcę, żebyś wiedziała, że
uwielbiam zimę i stare filmy; że lubię sam chodzić do kina; że lunatykuję, gdy
jestem daleko od domu; że popełniłem wiele błędów, których teraz żałuję; że gdy
byłem mały, jadłem mrówki; że nie lubię wracać do pustego mieszkania; że
komplementy mnie peszą; że miałem myśli samobójcze; że czasami chcę zniknąć; że
nikogo nigdy nie kochałem; że lubię zapach krwi; że uwielbiam wiatr, szalejący
we włosach; że mam wiele nałogów.
Chcę, żebyś mnie poznała,
Nomelle.
Mijały dni. Czas biegł
niepostrzeżenie szybko, gdy w zimowych kurtkach spacerowali po parku, opowiadając
siebie. Sekundy, minuty i godziny przeciekały im przez palce, gdy biegali
wśród drzewa, a jej dziewczęcy głos przecinał ciszę. Czas dla nich nie istniał,
a świat się zatrzymał, gdy stali nadzy wobec prawdy swojego życia.
Poznawali siebie – od
nowa, od początku.
.
„(...) i pogubiłam się,
wiesz? Nie wiem, gdzie jestem, i co robię w pustym pokoju. Tak wiele pytań, tak
mało odpowiedzi. Chcę, żeby ktoś się tu zjawił, usiadł tuż obok okna na
betonowej podłodze i słuchał. Powiedziałabym wszystko - mówiłabym o miłości,
bólu, tęsknocie. O sobie. Chcę, żeby ktoś mnie znalazł, nie chcę byś sama, bo
wiesz, ja boję się samotności; jej ramion, którymi obejmuje me drobne ciałko,
oddechu, którym mnie truje; jej pustych oczu, w których tonę, niczym dziurawy
okręt. Obiecuję wpuścić tego kogoś, gdy zapuka do drzwi, obiecuję pokazać mu
siebie, niech tylko się zjawi, proszę...”
W pośpiechu narzuconym na zmarzniętą skórę swetrze, z filiżanką czarnej kawy stała nieopodal okna. Powoli sączyła napój, przykładając wargi do porcelanowego naczynia i zostawiając na nim ślady rubinowych ust. Do jej uszu dolatywały strzępki słów puszczanej w radio piosenki, a przed oczyma tańczyły śnieżnobiałe płatki. Gdy wszedł do pokoju, poczuła intensywny zapach jego perfum. Uśmiechnęła się, mimo że jej kształtne wargi zahaczały o ścianki filiżanki; chciałabym szeptać w mrok, że smakujesz jak czekolada. Długie kosmyki ciemnych włosów zakryły jej zaróżowione policzki.
– Co powiesz na spacer? – Podszedł do niej od tyłu i, nie mogąc się oprzeć, odgarnął ręką jej długie włosy na jedną ramię.
– Przecież pada, Nick. – Zaśmiała się cicho i wskazała głową na okno; pokolorował żółtą kredą kawałek jej świata.
– To problem? – Jego dźwięczny głos odbił się echem w jej uszach, gdy pocierała palcami liliową skórę twarzy. Wpatrywał się w jej zielone tęczówki, po chwili dodając: – Masz dziesięć minut, Nomelle, czekam na dole.
Gdy usłyszała trzask zamykanych drzwi, odłożyła do połowy opróżnioną filiżankę na stolik obok. Stała przez chwilę bezruchu, z rękoma opartymi na biodrach, rumiankowym wzrokiem penetrując wnętrze sypialni. Czas ucieka, ulatuje, wydostaje się spomiędzy palców, zauważyłaś? Dopiero po chwili, kiedy jej twarz przyozdobił uśmiech soczyście czerwonych ust, porwała w ręce zimowe ubrania, pośpiesznie je na siebie nakładając. Opuściła mieszkanie, uprzednio zamykając drzwi wejściowe na klucz. Jedenasta trzynaście, zostało Ci jeszcze… – odliczasz? Powinnaś.
Pamiętasz mój zielony płaszcz i niebieski beret? Podarowałeś mi wtedy szczęście zamknięte w słoiku. Nie wiedziałeś, że co noc prosiłam Boga o namiastkę wieczności dla chwil takich jak ta. Ukradłeś kawałek Nieba i zamknąłeś mnie w nim. Tak bardzo nie chciałam, byś mnie stamtąd zabierał.
.
Śnieg chrzęścił pod ich butami, kiedy z wolna przemierzali pokryte białym puchem parkowe aleje. Z nosem ukrytym w wełnianym szaliku i rękoma wciśniętymi głęboko w kieszenie grubego płaszcza stąpała ostrożnie, co kilka chwil podnosząc głowę i przenosząc spojrzenie szmaragdowych tęczówek na bruneta obok; patrzę, czy jesteś. Jego wzrok chłonął obrazy ludzkiego szczęścia, które przenikały go z każdej strony, a jego twarz przyozdobił niewielki uśmiech, kiedy biała kulka przefrunęła nieopodal jego naznaczonej zdziwieniem twarzy; pamiętał takie chwile.
– Uwielbiam zimę, wiesz? – Jego niski głos wyrwał ją z obłoków zamyślenia. Uniosła głowę, uśmiechając się delikatnie. – Zazwyczaj wracałem do domu cały mokry, z rumieńcami na twarzy, już od progu wołając, że potrzebuję suchych rękawiczek. Brakuje mi tego – dodał po chwili, wodząc wzrokiem za złotowłosą pięciolatką w różowym kombinezonie.
– Zakatarzonego nosa i przemokniętych rękawiczek? – zapytała cicho, pocierając palcami zaróżowioną skórę policzków. – Nie ma czego, Nick.
Przystanął, dotykając ręką jej przedramienia. Zatrzymała się, przygryzając wargę, po chwili wyjmując ręce z kieszeni zielonego płaszcza i krzyżując je na klatce piersiowej. Przyglądał się przez chwilę, jak zabawnie marszczy w niecierpliwieniu nos i wydyma usta; tak często się złościła.
– Nie to miałem na myśli, Nomelle. – Rozwarła delikatnie wargi, kiedy na jego usta wpełzł nieśmiały uśmiech. Pokonał parę niewielkich kroków, by stanąć za nią. Objął ciemnowłosą w delikatnym uścisku, nachylając się nad płatkiem jej ucha, który po chwili spowił cichy szept jego głosu: – Przyjrzy się tym dzieciakom. Zobacz, jakie są szczęśliwe, nieświadome, że świat, który teraz jawi się im jako coś pięknego, jest cholernie niebezpieczny. Że nie wszystko jest białe albo czarne, że jest coś pomiędzy. – Zaciągnął się jej zapachem i przymknął powieki; patrzysz sercem?
Spojrzeniem przeraźliwie dużych oczu sunęła po twarzach kilkuletnich, pochłoniętych zabawą dzieci. Nie zwracała uwagi na chłód, który wspinał się po poręczy jej palców, by dotrzeć wyżej, gdy wpatrywała się w wykrzywione uśmiechem dziecięce twarze, ani gdy wsłuchiwała się w ich głośny śmiech czy krzyki.
– Ani ty, ani ja od dłuższego czasu nie jesteśmy już dziećmi. Jesteśmy bogatsi w wiedzę, której oni nie mają. Jeszcze. – Jego miętowy oddech drażnił płatek jej ucha, gdy z wolna wypowiadał słowa. Przełykała po cichu ślinę, nie chcąc uronić ani jednego dźwięku, choć bolało ją wszystko od środka; nie pozwoliła przecież umrzeć wspomnieniom. – Nie powiesz mi chyba, że ci tego nie brakuje, Nomelle? Wolności, tej głupiej niewiedzy i wiary, że wszystko będzie dobrze. Nie powiesz, prawda? – powtórzył kolejny raz, jednym ruchem odwracając jej ciało ku sobie i wpatrując się w rumiankowe tęczówki, które przykryła zasłona wspomnień.
Wyciągnęła drobne, zaciśnięte w piąstki palce, opierając je na wysokości jego klatki piersiowej i zaciskając powoli na połach zimowej kurtki. Twarz zakryły jej ciemne włosy, kiedy zmarznięty policzek przyłożyła do jego piersi; tak bardzo chciała być obok. Trwał przez chwilę bezruchu, obejmując jedynie mocnym uściskiem jej drobne ciałko, by po kilku minutach zabarwionych milczeniem złożyć na jej gęstych włosach krótki pocałunek; tak bardzo chciał, by była tuż obok, bliziutko. Serce przy sercu, dusza przy duszy… – ja przy Tobie, Ty przy mnie.
Dlaczego tak właściwie to zrobiłeś? Doskonale wiedziałeś, że z objęć naiwności i dziecięcej głupoty została wyrwana bardzo wcześnie…
Uwierzysz, jeśli powiem, że nie wiem? Ona była jedyną osobą, z którą mogłem cierpieć – i robiłem to. Opowiadałem Jej o swoim bólu, doskonale wiedząc, że poznała jego smak, barwę, definicję czy wymiar na własnej skórze; z każdą taką sytuacją miałem wrażenie, że stajemy się sobie bliżsi – otwierała przede mną drzwi, których korytarze prowadziły mnie do miejsc, których nikt nigdy przedtem nie widział. Chciała je komuś w końcu pokazać, ja z kolei chciałem wreszcie otworzyć te, które dwa lata temu szczelnie zapieczętowałem…
.
Koniuszkiem języka zwilżył
wargi, nim pochwycił jej skostniałą od zimna dłoń w swoje ciepłe palce.
Uśmiechnął się, widząc jej zdezorientowane spojrzenie i szybko pokonał parę
kroków, dzielących ich od wejścia do budynku. Będę tu z Tobą, obronię Cię. Pchnął potężne drzwi,
przepuszczając ją przodem, by po chwili przeczesać włosy, będąc już w środku.
– Lodowisko? – zapytała, rozpinają kilka
guzików płaszcza. – Mówisz poważnie, Nick?
Kiwnął głową, a z jego ust
nie schodził uśmiech. W chwili, gdy wychwycił na jej alabastrowej twarzy
odcienie strachu, który, miała wrażenie, niczym drugi szal ciasno owinął się
wokół jej łabędziej szyi, dotknął jej ręki.
– Coś nie tak? - W jego głosie pobrzmiewała
niemal bezgłośna nuta troski. – Myślałem, że się ucieszysz.
– Nie umiem jeździć – powiedziała cicho,
mocniej zaciskając długie palce na wełnianym szaliku; mówiłeś, że nie skrzywdzisz, kłamałeś?
– Tym lepiej. – Ostatni raz posłał jej
uśmiech, który tak lubiła, a chwilę później znikł na marmurowych schodach.
Ciepło jego ciała, przemieszane z mgłą męskich perfum zawisło w powietrzu,
podobnie jak ten niski głos, szepczący na odchodne: – Czekaj tu na mnie, za
chwilę wracam.
Bałam się. Tak bardzo się
bałam, Nick, że już nie przyjdziesz, a wszystko to okaże się zwykłym snem,
powstałym z dziecięcych marzeń i pragnień. Nie zostawiłeś mnie wtedy, nie
zostawiłeś też później... – pojawiłeś się, Ty i Twój uśmiech, któremu nie byłam
w stanie się oprzeć. W prawej ręce niosłeś dla mnie parę białych figurówek, a
Twoje tęczówki miały wtenczas kolor płynnej czekolady, którą tak lubiliśmy
spijać ze swoich warg w zimowe wieczory. Podałeś mi je, mówiąc, że mam je
natychmiast przymierzyć. Nasze palce się zetknęły, a spojrzenia spotkały. Był
piątek, czternasty dzień stycznia, a ja miałam wrażenie, że szczęście
przysiadło na Twoim policzku, wołając mnie po imieniu, jakby nieświadome, że
już je dostrzegłam; ode mnie zależało, czy dotknę je opuszkiem palca, a potem
zabiorę, obsypując Twą skórę deszczem letnich pocałunków.
.
– Podaj mi rękę, Nomelle, obiecuję, że nic ci
się nie stanie – powtórzył piąty raz, podjeżdżając do barierki i starając się
uchwycić jej dłonie, które chowała w kieszeniach zielonego płaszcza. – Nie
okłamałby cię.
Wpatrywał się w jego twarz
i zabarwione kakaowym barwnikiem tęczówki, jakby doszukując się w nich iskierek
fałszu, lecz nie dostrzegłszy ani jednej, zbliżyła się ku balustradzie; mówiłeś, że nigdy nie okłamiesz...
– Wejdę na ten cholerny lód, ale pod
warunkiem, że nawet na sekundę nie puścisz mojej dłoni. – Podniosła wzrok znad
kaskady ciemnych rzęs, które rzucały delikatny cień na jej blade policzki.
Uśmiechał się, cały czas kiwając głową. – Obiecaj, że nic mi się nie stanie,
Nick. I że nie będziesz się śmiał.
Westchnął, przekrzywiając
głowę i obserwując pod innym kątem jej wykrzywioną w złości twarz. Przyłożył do
piersi, tam, gdzie winno znajdować się serce, prawą rękę, po chwili mówiąc:
– Jesteś urocza, kiedy się złościsz. –
Zmarszczyła nos, jak zwykła to robić w podobnych sytuacjach, i podała mu dłoń.
Powoli weszła na lód. – I mogę obiecać jedynie, że nic ci się nie stanie, nie
odpowiadam za mimowolne reakcje mojego ciała. – Uniosła głowę, spojrzeniem
przeraźliwie dużych oczu lustrując jego wykrzywioną w uśmiechu twarz. Zagryzła
wargę i mocniej ścisnęła jego palce; przecież wiesz, że to nie naprawdę. Spojrzał w dół, dodając z nutą wymuszonego
bólu w głosie: – Spokojnie, księżniczko, zaraz mi je połamiesz!
Pamiętam wyraz Twych oczu,
gdy powiedziałem, dokąd zmierzamy, i to, jak kurczowo trzymałaś moją rękę.
Wbijałaś bordowe paznokcie w moje dłonie i cicho przeklinałaś pod nosem –
robiłaś to tak uroczo, że z mojej twarzy nie schodził uśmiech. Uszczęśliwiłaś
mnie wtedy, wiesz? Bo byłaś w tym wszystkim tak cholernie prawdziwa, Nomelle. Taką
Cię chciałem, taką Cię chcę.
.
Uśmiechała się, tak uroczo i niewinnie, że nie był wstanie oderwać oczu od jej papierowo bladej twarzy. Uścisk jej palców nieco zależał, kiedy z jego ust wypłynęły słowa pochwały. Na parędziesiąt minut, które w tamtej chwili jawiły się jej jako wieczność, pozwoliła sobie nie myśleć o niczym; pamiętasz, że uciekam? Od tak dawna pragnęła chwil takich jak ta – pozbawionych strachu i myśli o chorobie. Miała wrażenie, że udało się jej zamknąć je w metalowej skrzyni, skąd nie dochodziły ją ich głośne śmiechy i drwiny; wyswobodziła się z ich zimnych objęć, które odbierały jej tlen, w zamian ofiarując jako niezbędny pokarm zupę niewiary ze szczyptą bezsilności i lęku. Ściskała jego ciepłe palce, które zdawały się napawać ją nieograniczoną siłą, a w jej rumiankowych tęczówkach na nowo znalazł sobie miejsce blask, który od dawna w nich nie gościł, wyparty przez ból i niemoc, z którą każdego dnia staczała nierówną, acz niezwykle wyczerpującą walkę; mówiłem, że jesteś silną dziewczynką, pamiętasz?
– Nie pozwolę ci upaść, Nomelle. – Jego szept pieścił muszelkę jej ucha, a słodki oddech otulił jej nozdrza. – Obiecuję.
Dotrzymałeś słowa?
Przecież obiecałem.
Przekręciła na krótki moment głowę i spojrzała ku górze, zachłannie pragnąc zobaczyć czekoladę jego oczu. Rozchyliła wargi w chwili, gdy zatopił spojrzenie w jej jasnej twarzy, ale nie wyrwało się z nich jakiekolwiek słowo, mimo że na usta cisnęło się ich setki; tak bardzo chciała mu podziękować, powiedzieć, że jest mu wdzięczna, że w tamten zimowy wieczór nie zostawił jej samej, niczym bezpańskiego kota, a przygarnął, otulając ciepłym kocem bezpieczeństwa i zrozumienia, mimo że nawet w połowie nie poznał jej samej i historii jej życia, którą pośród kleksów złych wyborów i skreśleń zapełniała codziennie puste stronice młodzieńczego żywota. Mocniej ścisnęła jego rękę, przez chwilę opuszkiem palca gładząc jej zewnętrzną stronę; kiedyś nauczysz się, że czasem wolę gesty niż słowa, wiem to.
„Kim byłem? Nic nie znaczącą jednostką, chłopcem na posyłki, więźniem własnego życia i marzeń. Byłem nikim.
Kim jestem teraz? Panem swojego życia i losu, bożyszczem nastolatek, architektem swojej przyszłości. Jestem kimś.”
– (…), musisz znów stać się nikim, by zrozumieć, Nick.
– Zrozumieć, co?
– To, kim się staniesz, mój chłopcze.
– A kim się stanę?
– Niedokładną kopią człowieka, egoistą wśród drzew pachnących grzechem, zbrodnią i bezdusznością,
którymi się sycisz. Staniesz się klonem swych nocnych koszmarów, Nicky.
– Czujesz to, prawda? Wiesz, kiedy to nastąpi…
– Niebawem, już blisko… Czuję, jak chwyta mą stopę w bagnie kłamstwa i hipokryzji.
Mówi, że w naszych żyłach płynie ta sama krew – mieszanina fałszu i goryczy. Kusi mnie…
– (…), i w końcu ulegniesz, mój chłopcze, w pojedynkę jesteś zbyt słaby.
Tak bardzo, bardzo słaby…
„Przyjdź i uratuj mnie”
.
„Kiedy wzejdzie słońce, wezmę do ręki ołówek. Zamknę w słowach cierpienie, smutek i strach, który ociera się o moje nagie ciało przy porannej kawie. (…)
Dziewiętnaście rozdziałów pisanych ręką zmaltretowanej duszyczki. Piętnaście tysięcy sto dziewięćdziesiąt siedem słów wyrytych na poranionym sercu. Sześćdziesiąt trzy odcienie emocji. Trzy sytuacje. Jedno życie. Mała ja.”
Zamoczył spragnione alkoholu usta w pomarańczowej cieczy, zerkając spod kaskady ciemnych rzęs na jej papierowo bladą twarz, oświetloną lichą poświatą znalezionej naprędce świecy. Wodził czekoladowymi tęczówkami wzdłuż niebieskich szlaków krwi na jej nadgarstku, zatapiając zamglone spojrzenie w brązie długich włosów i malinowych, delikatnie rozchylonych ustach. Przygryzł wargę, wciągając nozdrzami powietrze, w którym nadal dało się wychwycić nuty strachu i niepokoju, które emanowały z jej drobnego, skulonego na wielkim łożu ciała. Dosłyszał cichy jęk przerażenia; wchodzi, dotyka, szepce; odgoń go! Zacisnęła palce na białym prześcieradła, nie otwierając oczu.
– Nie bój się, jestem przy tobie, Nomelle. – Jego cichy głos powędrował prosto do jej uszu, a ona sama nieznacznie pokiwała głową, ostrożnie podnosząc powieki.
– Czasem zbyt mocno boję się życia – wyszeptała, przygryzając wargę i odszukując w mroku jego tęczówki. – Znasz ten strach, Nick?
– Powiedzmy, że czasem nie jesteś w nim osamotniona – mruknął i odstawił szklankę na dębowe panele. Przysunąwszy krzesło bliżej jej łóżka, podparł na jego brzegu stopy.
Westchnął, przymykając zmęczone powieki. Masz odwagę przyznać, że mieszka w Tobie lęk? Przełknęła głośno ślinę i powoli, nie bez wahania przysunęła swoją dłoń ku jego; tak wiele różnic między nami, widzisz? Przeraźliwie dużymi oczyma wpatrywała się przez krótką chwilę w jego twarz, aż opuszkami palców dotknęła jego ręki, która spoczywała na beżowym kocu, w okolicach jej przykrytych nim ud. Nie otworzył oczu, choć poczuł ciepły dotyk jej palców. Przesunęła je dalej, wzdłuż jednej z liń papilarnych; szepnij do ucha, żem Tobie przeznaczona. Jej policzki zalała delikatna purpura, a usta wykrzywiły się w nieśmiałym uśmiechu, gdy w końcu nakrył jej dłoń swoją, zamykając w mocnym uścisku długich palców, wygrywających na pergaminie jej skóry melodię ich serc – cichutką i powolną. Trzymaj mocno, nie puszczaj! Po chwili otworzył okienka kakaowych oczu.
– Nick? – Uniosła nieco głowę. – Opowiesz mi bajkę?
– Bajkę? – powtórzył otępiale i opuścił stopy z powrotem na dębową podłogę. Przeczesał ręką włosy, nachylając się do przodu. – Chyba nie jestem dobrym mówcą.
Spojrzał na jej twarz, która jaśniała w świetle cynamonowej świecy, a ujrzawszy na niej ponownie strach, zwilżył wargi. Jej malinowe usta zdążyły wyszeptać ciche ”proszę”, zanim zaczął mówić:
– Dawno, dawno temu…
... w niewielkim miasteczku
żył mały chłopiec, który postanowił, że pewnego dnia zostanie muzykiem.
Uwielbiał grać, śpiewać i radować tym swoich najbliższych, którzy każdy jego
występ nagradzali owacjami na stojąco i gromkimi brawami. Mijały lata, a on
nadal nie wyrósł z dziecięcego marzenia. Kiedy wyruszył na podbój świata,
obiecał, że nigdy się nie zmieni. Chciał na zawsze pozostać sobą, choć
wiedział, że czekają na niego pokusy luksusu i sławy. Przyrzekł, że nie wyrzuci
z siebie dzieciaka, który tkwił w nim głęboko, oraz że pewnego dnia powróci w
rodzinne strony, a wtedy wykrzyczy, że znalazł szczęście...
Przystanął. Zakrył ręką
usta, a ona czekała, wpatrując się w niego soczyście zielonymi tęczówkami. Ich
oddechy łączyły się we wspólnym
tańcu, kiedy z wolna podniósł głowę i utkwił wzrok w granacie nieba. Podniósł
do połowy opróżnioną szklankę i upił duży łyk, po chwili przenosząc spojrzenie
na jej ukrytą w mroku twarz. Uciekała wzrokiem, czując, jak szybko bije jej
serce; nie patrz mi w oczy, w zielone jaskinie mej duszy, nie czytaj z nich! Zaległe między nimi nitki ciszy przerwał jego głos:
(...), jego marzenie się
spełniło. Stał się sławny, rozpoznawalny, a jego imię było na ustach wielu.
Początkowo trwał w obietnicy, którą złożył, ślepo wierząc, że jej dotrzyma,
lecz z każdym dniem było mu coraz ciężej. Chciał więcej. Sława przysłoniła mu
oczy, a kłamstwo wylewało się z ust. Kąpał się w luksusie i pogardzie dla tych,
którzy byli mu najbliżsi. Miał wrażenie, że staje się bogiem, nie dostrzegając,
iż jest już tyranem. Zagubił się, wybrał złą drogę i bał się zawrócić. Tak
wielu do siebie zraził, tak wielu zranił...
Zauważył, że przymknęła
powieki. Miał ochotę dotknąć jej śmietankowej skóry, kiedy z wolna wyszeptała:
– A co z księżniczką, Nick? – Uśmiechnął się,
ale ona nie była w stanie tego dostrzec. – Każdy książę ma swoją księżniczkę,
prawda? On na pewno też.– Było wiele księżniczek, Nomelle – wyszeptał i podniósł się z krzesła. – Mimo wszystko nie znalazł jeszcze tej jedynej.
Mocniej zacisnęła palce na
beżowym kocu, podkurczając nogi. Jej oddech mieszał się z jego głosem.
... na swej drodze spotkał
wiele osób. Jedni zostawali na dłużej, inni uciekali, kiedy dostali to, po co
przyszli. Powoli tracił zaufanie i wiarę, że pewnego dnia wszystko się zmieni.
Coraz częściej uświadamiał sobie, że gdyby mógł cofnąć czas, wybrałby inne
życie. Nie poznawał już siebie, a każdy jego gest czy słowo napawało go
obrzydzeniem. Przed innymi udawał, że znalazł to, czego szukał i o czym zawsze
marzył. Pogodził się z własnym upadkiem i samobójczą śmiercią. Uciekł. Ukrył
się w miejscu, do którego nikt nie miał dostępu. Chciał, żądał, brał. Nauczył
się nowego siebie. Z małego chłopca stał się mężczyzną z nałogami. Karmił się
fałszywymi sloganami. W końcu przestał grać. Tak minął rok. Podróżował i
kurczowo czepiał się marzeń, których zostało niewiele. Do snu tuliła go
ignorancja, a on nie zwracał na to uwagi. Wtapiał się w tłum i żył bez
zahamowań. Pasji wykopał trzymetrowy grób i wrzucił ją tam. Minęły dwa lata.
W tym czasie ani razu nie wrócił w rodzinne strony, bojąc się nawet szeptem
powiedzieć, że znalazł szczęście. Bał się, że pewnego dnia naprawdę w to
uwierzy, a definicję szczęścia zastąpi swoim życiorysem.
Nadal pamiętasz...
Nigdy nie zapomniałem.
Odwrócił się, krzyżując
ręce na klatce piersiowej.
– Koniec bajki.
– A gdzie szczęśliwe zakończenie? – zapytała,
podnosząc się na łokciu i zerkając na niego wyczekująco.
– Nie wszystkie bajki tak się kończą, prawda?
– Kierował się w stronę drzwi, a kiedy usłyszał jej cichy głos, przystanął.
– Pewnego dnia znajdziesz swoją
księżniczkę, a twoja bajka szczęśliwie się zakończy, Nick.
Kiedy nieznacznie odchylił
głowę, jej twarz zasłoniły ciemne kosmyki. Bezszelestnie opuścił pomieszczenie.
Nie wierzył w ani jedno jej słowo.
„Pojawił się znikąd. Mocno objął mnie w pasie i zakrył usta cuchnącą rękę. I choć się szamotałam, miotałam, nie puścił. Szeptał do ucha, wyzywał od kurw, by potem językiem dotknąć muszelki mego ucha. Pot wpełzł na me czoło, a słone łzy kapały z oczu, niczym letni deszcz, rzeźbiąc w porcelanowym poliku ciemne korytarze. Dziecięca niewinność wylewała się strumieniami z moich molestowanych pocałunkami ust. Umierałam od środka. Wsadził rękę pod spódnicę i ostrym ruchem wdarł się w moje łono. Przepełniony bólem krzyk przeciął ciszę. Dotykał, macał i ściskał. Nie otwierałam oczu, w ciemności wypatrując ratunku. Poczułam w powietrzu zapach krwi, a on szepnął mi do ucha: ”grzeczna dziewczynka”, scałowując brud z moich ust i ud. Przełknęłam ślinę i ostatni raz popatrzyłam w jego czarne oczy, w głębokie studnie nicości.
…zrobił to;
Strach zgwałcił mnie we śnie.”
Otworzyła oczy. Jej drobne piąstki mocniej zacisnęły się na beżowym kocu, a na końcówce rzęsy zatrzymała się pojedyncza kropla. Przygryzła wargę, a z jej suchego gardła wyrwał się jęk i cichy szept jego imienia; moje serce wskaże mi drogę do Ciebie. Postawiła blade stopy na dębowej posadzce i malutkimi kroczkami skierowała się w stronę salonu.
– Nick? – Dotknęła jego ramienia, delikatnie nim potrząsając. – Nicholas?
Uniósł kremowe powieki, przez krótką chwilę przyzwyczajając źrenice do mroku, który chwilę temu zawładnął pomieszczeniem. Spostrzegł jej twarz blisko swojej i rumiankowe okienka oczu, które z siłą wpatrywały się w jego, kiedy jego cichy głos zawirował wśród ciszy:
– Co się dzieje? – Uśmiechnął się, spostrzegając, że mimowolnie zaciska palce na końcach koszuli nocnej; nadal ją zawstydzał.
– Śniło mi się coś bardzo złego – odparła ściszonym głosem po dłuższej chwili milczenia. – Mógłbyś się koło mnie położyć i poczekać, aż zasnę? Przy tobie mniej się boję, Nick – dodała, zamykając na kilka milisekund oczy; za dużo strachu w nich, wiesz?
Wsunął kosmyk jej kakaowych włosów za ucho, niepostrzeżenie muskając papierowy policzek opuszkiem palca. Podniósł się z kanapy, na której sypiał od kilku dni, i ujął jej dłoń, długie palce zamykając w mocnym uścisku. Była o dwa kroki za nim, kiedy przekraczali próg sypialni. Puścił jej rękę, posyłając ciepły uśmiech, i skinął głową w stronę łóżka. Bezszelestnie wsunęła się pod wełniany koc, kiedy on obchodził je na około, by zająć miejsce po drugiej stronie; zapamiętaj swe sny, może będę w nich ja.
– Nie odwrócisz się w moją stronę, Nomelle? – Usłyszała szept, tuż obok prawego ucha, a jego dłoń delikatnie dotknęła gładkiego ramienia; chcę mieć Cię blisko, skóra przy skórze. Drgnęła lekko, po kilku chwilach spoglądając na jego twarz spod kaskady ciemnych rzęs. Wodziła palcem po materiale szarej poduszki, kiedy znienacka uniósł jej podbródek. Spojrzała na niego dużymi, zamglonymi oczami i rozchyliła delikatnie gąbeczki bladoróżowych warg; nie gryziesz, prawda? – Teraz możesz spać spokojnie, będę tu.
Kiwnęła, przymykając powieki, tylko na chwilę, bo gdy je otworzyła, jej wzrok napotkał ciemne tęczówki, wpatrujące się w nią bez grama zawstydzenia.
– Dlaczego tak mi się przyglądasz? – Musnęła palcami swoją łabędzią szyję, z zainteresowaniem wpatrując się w jego usta.
– Bez powodu – odparł lekko ochrypłym głosem po chwili milczenia.
– Wiesz, Nick, kiedy byłam mała, bardzo bałam się potworów. Były wszędzie. Chowały się pod łóżkiem, w szafie, za firanką… – przerwała, ukradkiem spoglądając na jego twarz i starając się dostrzec jakąkolwiek zmiany. Uniósł delikatnie kąciki ust w nieznacznym uśmiechu. – Mama zawsze mówiła, że jestem już duża i nie powinnam się bać. Z czasem z tego wyrosłam, ale nadal boję się chodzić w nocy po mieszkaniu. To głupie, prawda? – Wpatrywała się w jego oczy, do momentu aż stłumiony krzyk, dochodzący gdzieś z dołu przeciął ciszę; wtenczas z jej gardła wyrwał się cichy jęk, a ona sama skuliła się, bardziej przybliżając się w stronę chłopaka, tak że teraz jej piąstki dotykały materiału jego podkoszulka; chcę mieć Cię blisko, o tutaj, tak dobrze.
– Nie bardziej niż to, że nie usiedzę w małym pomieszczeniu dłużej niż kilka minut – prychnął, upewniwszy się, że znów spogląda w jego oczy, aniżeli mocniej zaciska cienkie powieki. Gdy dostrzegł na jej bladej twarzy zdziwienie, zapytał: – Jak myślisz, dlaczego nie kupiłem apartamentu w wysokim wieżowcu, tylko gnieżdżę się w starej kamienicy?
– Lubię tę starą kamienicę, wiesz? – odparła sennym głosem, po chwili ziewając.
– Chyba czas już spać, królewno, nie sądzisz? – Starannie okrył ją kocem, a kiedy spostrzegł, że kilka pasemek opadło na policzek, odgarnął je palcem wskazującym, który za długo o kilka milisekund spoczywał na jej alabastrowej skórze. Zanim przymknęła powieki, zdążył wyszeptać: – Dobranoc, śnij o mnie, dobrze?
Uśmiechnęła się, na krótko dotykając jego torsu malutką piąstką. Nie spał, wpatrywał się w jej pociągłą twarz, nie mogąc odwrócić oczu. Miała rozchylone wargi, a jej słodki oddech otulał jego nozdrza; lubił te chwile, kiedy nieświadomie marszczyła nos, jakby chcąc odgonić natrętnego owada, a pierś unosiła się w spokojnym rytmie. Lubię wszystkie te chwile, gdy jesteś obok; tak naprawdę dopiero teraz zaczyna podobać mi się świat. Przejechał językiem po wardze i na krótką chwilę przymknął zmęczone powieki. Od dawna nie zdarzyło się, by jego ciało stykało się z kobietą, a palce nie błądziły po jej nagiej skórze. I mimo że malachitowe tęczówki, karminowe usta i alabastrowa cera kusiły go niemal od dnia, kiedy ich spojrzenia po raz pierwszy znalazły wspólną drogę, a odbierająca tlen i pewność siebie cisza zalęgła między nimi tego pamiętnego piątku, ani razu nie pomyślał, że mogłaby stać się jego kobietą; gdyby ktoś kazał mu w plątaninie myśli wychwycić tę jedną jedyną, która jednoznacznie szeptałaby w mroku, że chce ją mieć, tu i teraz, na własność, nie znalazłby jej. Tak wiele chwil poświęcił myślom o niej – zaskakiwała go, z każdym dniem coraz bardziej, a on uświadamiał sobie, wraz z upływającymi minutami, kiedy kokosowy zapach jej skóry unosi się w powietrzu, a dźwięczny śmiech pieści jego uszu, że staje się mu bliższa; bo czasem tylko Tobie jestem w stanie wyszeptać o swoim strachu.
– Obejmiesz mnie, Nick? – Nie spodziewał się jej głosu, a tym bardziej podobnej prośby. Uchylił powieki, mając nadzieję ujrzeć jej malachitowe spojrzenie, lecz napotkał ten sam widok, co kilka minut temu. Objął jej ciało, niezdarnie się ku niej przysuwając. Milczał, bo przez zaciśnięte gardło nie był w stanie przedostać się żaden dźwięk. Przez kilka chwil wsłuchiwał się w jej miarowy oddech, a gdy sądził, że zasnęła na dobre, pogładził palcem jej papierowy policzek. Nie zareagowała, dlatego po chwili opuszkiem palca dotknął jej malinowych warg, zakreślając nim ich kształt. Zbliżył się do jej twarzy i swoimi spierzchniętymi wargami musnął jej; smakujesz tak, jak pachniesz. Odsunął się na małą, prawie nic nieznaczącą odległość od jej twarzy; patrzył. Obudź się, moje serce woła o Ciebie! Zwilżył wargi, spomiędzy których wydostało się ciche, ulotne jak wiatr:
– Nie skrzywdzę cię, Nomelle, obiecuję.
…tak wiele wtedy obiecałem.
*tytuł: H. Poświatowska
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz