poniedziałek, 10 czerwca 2013

04. "I tylko gwieździste niebo farbą dla naszych oczu. Wsłuchani w wiatr, trwamy, dumając o miłości"
 
 
Tym,co (wy)trwali. Dziękuję za obecność i każde słowo.

Szczególne podziękowania i wyrazy miłości dla Patrycji; wiele dla mnie znaczy, że ciągle tu jesteś, ze mną i z Nimi. Dziękuję za każde słowo w ciągu dwuletniej znajomości – w komentarzach i te na gruncie prywatnym. Tęskno mi do Ciebie, Puppeciku.


*
 
„Przyszły, znowu tu są. Słyszysz? Chcą krwi, chcą mojej duszy i ciała. Śmieją się, głośno, przerażająco, boję się. Mówią, że czeka mnie kara. Kłamią? Dlaczego nie odpowiadasz? Ciemno. Mów do mnie, nie zostawiaj. Nie chcę być sama, rozumiesz? Tu jest strasznie. Bez Ciebie nie potrafię.


Zabiłaś.
Masz krew na rękach… Morderczyni!
Pomiocie szatański…
… jak mogłaś? Miałaś sześć lat!
Giń!


Szarpią, podduszają, boli. Cisza. Odeszły? Znowu śmiech, dotykają, szepczą do ucha. Zabiłam? Ty wiesz, powiedz. Ciągną w stronę jeziora, nie chcę, zimna woda, uwolnij mnie. Gdzie jesteś? Nie odchodź, są źli, widzę krew, śmiech. Nie potrafię, puszczaj, oni wiedzą. Umrę? Boję się ciszy, podarli ubranie, ostre, obsesja. Strach we mnie, na zewnątrz, pełno wody, tonę. Nie czuję, płaczesz, Twoja ręka, światło, oni w tle, m o r d e r c y.


(…), i Ty wśród nich,
braciszku?

.


Wyszedł z mieszkania; niedaleko, bo jedynie na klatkę, by w spokoju zapalić papierosa. Gdy wyciągnął czarną zapalniczkę, na jego usta wpełzł gorzki uśmiech, a oczy rozbłysły dawnym blaskiem. Nie lubiła, gdy palił; wiedział o tym, choć do tej pory w żaden sposób nie dała mu tego do zrozumienia – widział, jak nerwowo zagryza wargę i marszczy nos, ilekroć sięgał do kieszeni spodni po paczkę czerwonych Marlboro. Jeszcze spała, kiedy zamykał za sobą drzwi, a on nie chciał jej budzić; ukradkiem zerknął na jej bladą, ukrytą pod pajęczyną włosów twarz, opuszczając mocno oświetlony pokój. Zmrużył oczy i ponownie zaciągnął się tytoniowym dymem. Suche wargi w chwilę później rozwarły się nieznacznie, a jego ciało osunęło się wzdłuż oliwkowej ściany klatki schodowej. Ustami wypuszczał dym, który w zaledwie kilka sekund zdążył otulić jego płuca, teraz tańcząc wśród atomów powietrza. Palcami potarł o wewnętrzne kąciki oczu, po chwili je otwierając -patrzył przed siebie, na drewnianą poręcz i marmurowe stopnie, a jego serce wygrywało do niedawna nieznaną melodię; symfonię tęsknoty. Jestem tuż obok, nie lękaj się. Ostatni raz włożył papierosa między gąbeczki warg, niezdarnie, wcale nieszybko, podnosząc się z brudnej posadzki.

 


Nadal tu jesteś, jak dobrze. Spała na prawym boku, z kocem w okolicach łydek. Jednym ruchem dłoni okrył jej drobne ciałko pledem i na milisekundy zatrzymał wzrok na lekko rozwartych ustach i długich rzęsach, na których tańczyły jeszcze okruchy sennej rzeczywistości. Przełknął ślinę, zwilżając wargi końcem języka i muskając opuszkiem palca papierowy policzek dziewczyny, w chwili gdy odgarniał z jej twarzy ciemny kosmyk włosów. Traktując zbudzenie jej, choćby niechcący, jak przestępstwo godne najsurowszej kary, z wolna i jak najcichszym krokiem skierował się ku kuchni. Miał ochotę na kawę o poranku i kilka minut wyjęte z jej życiorysu, tak tylko dla niego. Postawił na stole dwa kubki i zapełnił ich dno ciemnym proszkiem, wsłuchując się w charakterystyczny dźwięk czajnika i oddechy, pieszczące jego wargi zakazaną tajemnicą; czasem powietrze też potrafi torturować.

 

Powoli napełniał kubki wodą, a wdychając aromat kawy, parokrotnie liznął myślami jej osobę; trochę za często bywasz w mojej głowie. Przełknął ślinę i wyszedł z kuchni, zagryzając wargę, na której osiadł smak czarnej, mocnej cieczy. Zatopił długie palce w ciemnych włosach, a pokonawszy niewielką długość zaledwie paru kroków, ściągnął szary podkoszulek i rzucił go w kąt; był coraz bliżej łazienki. Ciepła woda po chwili spływała po jego skórze, wypłukując z niektórych obszarów zbrukane echo wspomnień, wydostające się wraz z potem i sporadyczną krwią; obmywasz, uzdrawiasz i czyścisz. Krótką chwilę pocierał zziębnięte ciało puszystym ręcznikiem, by potem przepasać nim biodra. Wyszedł, pozostawiając po sobie mokre ślady stóp i gdzieniegdzie krople wody; tędy, tutaj będę.



Zatrzymał wzrok na dwóch kubkach parującej cieczy. Znalazł drewnianą tacę, kupioną jeszcze przed jej przybyciem – przed niespodziewanym wtargnięciem w jego puste, ponure życie jej drobnych dłoni, dużych oczu, okalanych lasem gęstych rzęs, i karminowych ust, które szeptały bezwiednie, mimowolnie, by nie zostawiał, by był – i umieścił na niej talerzyk z cząstkami pomarańczy, kilka kostek czekolady i lekko przypalonych tostów. Wszedł do sypialni i postawił jedzenie na drewnianej posadzce, tuż obok łóżka. Krzesło już na niego czekało – usiadł na jego skraju i nachylając się delikatnie, patrzył, jak krople wody skapują z jego włosów na ciemne drewno, niektóre zatrzymując się na jego stopach. Kąciki ust nie drgnęły, choć uśmiechał się oczami, a jego palce błądziły po wewnętrznej stronie dłoni. Czekał, aż otworzy oczy - jego dzień jeszcze się przecież nie zaczął; bo egzystuję dopiero wtedy, gdy jesteś obok, gdy drążysz korytarze mojej duszy, patrząc w przestraszone oczy dziecka sukcesu i zagubienia, gdy wiem, że nasze ”zawsze” można nazwać wiecznością. Przymknął powieki i odchylił się do tyłu; na jego ciało padło kilka pierwszych promieni wschodzącego słońca, a zaróżowione wargi rozchyliły się, gdy w słodkiej ciszy niezrozumienia dosłyszał nikły dźwięk swojego imienia.


Nicholas? – Cichy szept jej głosu wibrował wśród atomów niczym niezmąconej ciszy, a ona sama uniosła się na łokciu i, dokładniej okrywając się wełnianym pledem, posłała w jego kierunku nieśmiały uśmiech; by każdy poranek był taki, jak ten.

Potworów nie było, prawda? – Widział, jak studnie jej oczu rozbłysły znajomym blaskiem, a kurtyna ciemnych rzęs parokrotnie opadła na mleczną skórę policzka. Przejechał językiem po spierzchniętej wardze i podał jej kubek z parującą cieczą. Ich palce zetknęły się. – Tym razem kawa. Dobrze spałaś? – Pokiwała nieznacznie głową i pozwoliła, by gąbeczki warg dotknęły naczynia, a język rozkoszować się mógł kroplami gorzkiego napoju.


(…),wtedy bywała najbardziej bezbronna, płochliwa, bardzo odległa - jakby za każdym razem, gdy otwierała oczy, potrzebowała znacznie więcej czasu, by powrócić tak naprawdę, w całości, do własnego ciała, świadomości, rozeznania, do odpowiedniego czasu i miejsca. Powiadają, że świat marzeń i snów dla wielu jest idyllą, dla Niej przez bardzo długi okres czasu jedynie pułapką, klatką, w której co noc się kuliła, umierała ze strachu. Sen był dla Niej karą, torturą, której jej drobne i kruche ciałko mimowolnie zawsze się poddawało. Miała w sobie wiele żalu, strachu – a przede wszystkim poczucia winy. Czasem myślę, że to ona regularnie, dzień po dniu, kawałek po kawałku, na pozór bezboleśnie uśmiercała jej duszę, serce i ciało – od dzieciństwa hodowała w sobie mordercę.

Uratowałeś Ją.
Tak myślisz?

.
 


Patrzył na nią, wpatrywał się, czuła to. Na krótką chwilę, gdy uniosła głowę, uchwyciła spojrzenie jego kakaowych tęczówek; prosiłeś, bym się nie bała, przecież jesteś tuż obok. Głośno westchnęła.

Na pewno tego chcesz? – zapytał, gdy przystanęli przed potężnymi, drewnianymi drzwiami, a wiatr począł tańczyć w jego ciemnych włosach. – To poważna decyzja.

Tak, chodźmy. – Przekroczyła pierwszy stopień, przekrzywiając głowę w jego stronę. Patrzyli na siebie nieruchomo, aż na swojej dłoni poczuła ciepły dotyk jego palców. Mimowolnie jej twarz rozjaśnił uśmiech, którego on nie dojrzał, bo zanurzyła nos w wełnianym szaliku; strach odszedł w nieznane, na razie.


Wciągu pięćdziesięciu trzech minut, przesyconych bólem wydostającym się z jaskini mych oczu i cichym pojękiwaniem, dochodzącym spomiędzy gąbeczek suchych warg, gdzieniegdzie naznaczonych kroplami zeschniętej krwi, ani razu nie puściłeś mojej dłoni. Uśmiechałeś się, mocniej napierając swoimi palcami na moje, a Twoje oczy wysyłały mi nieme obietnice i przyrzeczenia, że to już, za chwilę. (…), i potem, zbliżając wargi do mojej twarzy i zatapiając długie palce w ciemnych kosmykach mych włosów, cicho, niemal bezgłośnie, tak tylko dla mnie, wyszeptałeś, że jestem najodważniejszą dziewczynką na świecie. Ostatni raz, sącząc zieleń moich oczu w tym krótki, rzuconym machinalnie spojrzeniu, zbliżyłeś swą twarz ku mojej – i poczułam zapach Twojego oddechu, gdy zatapiałeś wargi w mlecznej skórze mojego policzka.

Life is journey, zwykłeś mawiać, a ja każdą interpretację tych słów zdołałam poznać i rozsmakować się w nich na własnej skórze. Tak wiele kilometrów przeszłam, tak wiele przeszkód pokonałam i o tak wiele przystanków zahaczałam. Dopiero wtedy, dwa tysiące pięćset siedemdziesiąt dwa oddechy później i dwa razy więcej bić mojego poszarpanego, zlęknionego serca, uświadomiłam sobie, że ostatnim przystankiem były, są i będą Twoje ramiona; mój azyl, mój dom i moja ochrona.


Zerknął w jej stronę, a czekolada jego tęczówek zmieszała się z podziwem i szczyptą zadowolenia. Choć było mu zimno, nieśpiesznie, z nią po swojej lewej stronie, przemierzał parkowe alejki, by po kilku zabarwionych milczeniem chwilach dotrzeć pod drzwi starej kamienicy. Uśmiechnął się, łapiąc jej przelotne spojrzenie i przepuszczając ją przodem.

Boli jeszcze, prawda? – Znów na niego spojrzała, a twarz przyozdobił jej niewielki uśmiech, gdy z wolna pokiwała głową. – Powiedz mi, jeśli ból będzie nie do zniesienia, dobrze?

I co wtedy, Nick?- Była już przy drzwiach, których klamka pod naporem jej ręki ugięła się ku dołowi; przekroczyła próg. – Co wtedy zrobisz?

Przez chwilę stała do niego tyłem, rozpinając guziki płaszcza, lecz gdy pełen powagi głos przeciął ciszę, odwróciła się. Uśmiechnęła się na widok jego zatroskanej twarzy; tak będzie już zawsze, prawda?

Zdejmę opatrunek, podmucham, wycałuję, zrobię herbaty, będę tulił, zagadam na śmierć, cokolwiek… – Zmieszany, odwrócił wzrok, intensywniej czując w powietrzu własne zdenerwowanie i lęk; pomyślał, że chyba już na dobre zadomowiły się w czterech ścianach jego mieszkania. – … byleby nie bolało. Nie lubię wtedy patrzeć.


(…), bo zdycham od środka.

.


W powietrzu zapach najlepszego tytoniu, w kieliszkach resztki drogiego wina.
Na podłodze niepotrzebne części garderoby, na okiennych szybach ślady palców.
Pościel z dodatkiem krwi i spermy, obce ciało w moich ramionach.
Jęk rozkoszy w pajęczynie ciszy, ja w n i e j.


*

Zgubiłeś się, nie wiesz, gdzie jesteś?
Welcome to my world, human.

Stąd nie uciekniesz, pamiętaj.




W kilka sekund pokonała ostatnie trzy stopnie, szybko przekraczając próg kamienicy. Kiedy na swych bladych policzkach poczuła zimne palce wiatru, wyżej naciągnęła czarny, wełniany szalik, zakrywając karmazynowe usta, z których co kilka chwil wydostawały się bezbarwne obłoki. Rumiankowym wzrokiem wodziła za sylwetką bruneta, który chwilę później przystanął i wyciągnął z kieszeni ciemnych jeansów metalowe kluczyki. Zatrzymała się tuż obok niego.

To twoje auto? – Głową wskazała na czarnego vana, który stał po przeciwnej stronie ulicy. Sekundę wcześniej z samochodu dobył się znajomy dla uszu chłopaka dźwięk, a on sam ruszył w jego kierunku. – Myślałam, że nie prowadzisz – dodała, lekko skonsternowana, ruszając w ślad za nim.

To, że poruszam się również innymi środkami komunikacji, nie znaczy, że nie posiadam własnego auta, Nomelle. – Otworzył drzwiczki po stronie pasażera i poczekał, aż wsiądzie, zanim je zamknął. Chwilę później siedział już na miejscu kierowcy, a jego skostniałe od zimna palce powędrowały w stronę jednego z licznych przycisków. – Za chwilę powinno być cieplej – powiedział cicho, rzucając szybkie spojrzenie na dziewczynę, która zaciskała palce w piąstki, a drobne wargi w cienką kreskę.

Odpalił silnik i powoli ruszył, mocniej chwytając kierownicę. Koniuszkiem języka zwilżył parokrotnie spierzchnięte wargi. Próbował nie patrzeć na swoją towarzyszkę, która siedziała jakby skulona, z przymkniętymi powiekami, i przez chwilę mu się to udawało, ale w końcu, nie mogąc się powstrzymać, zerknął w jej stronę.

Śpisz? – zapytał najciszej, jak tylko potrafił. Zamiast odpowiedzieć przechyliła głowę i przeniosła spojrzenie zielonych oczu na jego twarz. Uśmiechała się delikatnie i po chwili potrząsnęła głową. – Mogę puścić radio, jeśli chcesz.

Oderwał prawą rękę od kierownicy, cały czas patrząc przed siebie, i powoli zbliżał ją w stronę urządzenia, kiedy jej palce dotknęły jego dłoni.

Nie trzeba, Nick, naprawdę. – Ciemne kosmyki opadły na oczy, rzucając cień na lekko zaróżowione policzki dziewczyny. – Tak jest dobrze. Lubię ciszę. – Jej szept pieścił muszelkę jego ucha i rozbrzmiewał w głowie jeszcze przez chwilę. – Wtedy więcej słyszę, więcej rozumiem.

Jechaliśmy godzinę. Zmorzył Cię sen, a ja dziękowałem Bogu, że tak się stało. Bezkarnie mogłem studiować rysy Twojej twarzy i wsłuchiwać się w melodię Twojego oddechu, który był dla mojej chorej duszy najlepszym lekarstwem. Nie mogłaś wiedzieć, że przejechawszy dziesięć kilometrów, zatrzymałem samochód po to tylko, by z bliska przyjrzeć się delikatowi Twej jasnej skóry, zmierzyć długość pojedynczej rzęsy w ich gęstym wachlarzu, zanurzyć się w zapachu niemalże czarnych jak smoła włosów i wreszcie, by wsłuchiwać się w rytm własnego serca, które biło szaleńczym tempem tylko wtedy, gdy byłem z Tobą.

Stanął na skrzyżowaniu, by po chwili skręcić w lewo. W ciszy przejechał ostatni kilometr, aż wreszcie zgasił silnik i powoli wyjął metalowy kluczyk ze stacyjki. Westchnął głośno, opierając głowę na wezgłowiu fotela. Trwał w ciszy, z na wpół przymkniętymi powiekami, kiedy w chwilę później usłyszał cichy pomruk, wydostający się z delikatnie rozchylonych warg ciemnowłosej. Nie pamiętał, ile razy dzisiejszego dnia miał ochotę pochwycić w swoje ręce mlecznobiałe policzki dziewczyny, jak często mimowolnie odgarniał z jej bladej twarzy kosmyki ciemnych włosów, ani jak długo jego myśli krążyły wokół jej osoby; pamiętał jedynie, że dzisiejszego dnia przywiózł ją tutaj, by ostatecznie pożegnać się z przeszłością i zacząć żyć teraźniejszością.


(…),dopiero dwa dni później pomyślałem, że chciałbym,
by moją teraźniejszością była O n a.

 


Możliwie jak najciszej otworzył drzwiczki po swojej stronie i wyszedł z samochodu. Śnieg, choć nie było go tyle, ile przypuszczał, chrzęścił po jego butami, kiedy z wolna okrążał auto i szybkim ruchem otworzył bagażnik. Jego palce dotknęły materiału granatowego koca, a on sam po chwili wychylił się nieco, by rzucić okiem w stronę zamarzniętego jeziora. Jego oczy błyszczały, gdy przykryła je cienka zasłona wspomnień, a nogi poniosły ku brzegowi. Mocniej naciągnął kołnierz beżowego płaszcza, kiedy poczuł, że zimno przenika do niedokładnie okrytych części jego ciała, i po chwili przystanął, czubkiem buta grzebiąc w śniegu. Zacisnąwszy palce w pięści i schowawszy je między połami grubego płaszcza, w kieszeniach, popatrzył w dal – mógł zamknąć oczy, a palce wyobraźni i tak rozniosłyby ciemność, rysując na niej wszystko to, co miał wypisane głęboko w sercu. Przyjeżdżał w to miejsce niezliczoną ilość razy, uciekając od przeszłości, nie chcąc do końca zatracić się w poczuciu bycia nikim – przecież wiedział, że gdzieś w środku nadal tkwiła malutka cząstka, która, gdyby tylko zauważona i wyniesiona na szczyt – tak, by mógł ją dostrzec – sprawić mogła, że wreszcie się obudzi i przejrzy na oczy. Nie był tym, kim się stał – tak bardzo bał się zawrócić, tak bardzo wstydził się przyznać do błędu, do spartaczonego życia, do samobójstwa dawnej egzystencji, której pomógł powiesić się na grubym sznurku niepowodzeń.

 
Co to za miejsce? – Jej cichy głos wyrwał go z ramion przemyśleń, które oplotły dokładnie jego ciało przed kilkoma minutami, zabierając ze sobą do świata, którego bramy ostatnimi czasy ukazywały mu się coraz częściej.

– Przyjeżdżam tu czasem, kiedy jest mi źle, kiedy muszę przemyśleć pewne sprawy czy zwyczajnie nazwać siebie idiotą – odparł, uśmiechając się gorzko. Przygryzł wargę, spoglądając w bok, jak najdalej od jej oczu, i uderzając czubkiem buta w grudkę śniegu. Znów popatrzył przed siebie, na kaczkę i jezioro w tle. – Trochę częściej niż czasem, tak po prawdzie.

Nie odezwała się, choć rozchyliła wargi, by to zrobić. Jedno spojrzenie na jego twarz wykrzywioną w sztucznym uśmiechu, pod którym tak naprawdę skrywał się ból i pogarda dla samego siebie, sprawiły, że uniosła rękę i dotknęła jego ramienia, tak tylko na chwilę. Przełknęła ślinę i oblizała wargi w kolorze płatków maku.

Też mam takie miejsce. Pokażę ci je kiedyś, chcesz? – Wachlarz czarnych rzęs zafalował, kiedy uniosła twarz ku górze, zachłannie pragnąc ujrzeć czekoladę jego tęczówek. Spojrzał w dół i  zobaczył w jej oczach niepewność i strach, które odpędził jednym skinieniem głowy i uśmiechem lekko spierzchniętych warg. – Spodoba ci się, na pewno. Kładziesz się na plecach, wpatrujesz w górę i masz wrażenie, że niebo jest twoje, masz je przecież na wyciągnięcie ręki. – Przymknęła powieki, rozkoszując się ciszą, a z jej drobnych ust wypływały kolejne słowa: – Właśnie tam czuję się wolna, wiesz? Jestem tylko ja. – Wargi rozciągnęły się w nieśmiałym uśmiechu, a zmarznięta ręka powędrowała tuż obok jego łokcia, zaciskając na nim długie palce, zanim powtórzyła cicho: – Tylko ja, Nick.



Kilka miesięcy później byłeś tam ze mną, pamiętasz? Pokazałam Ci mój dach, mój piasek i moje Niebo. Uczciliśmy tę chwilę milczeniem, w którym słyszałam melodię naszych serc, i łzami, które spłynęły szybko po moim porcelanowym poliku. Starłeś je kciukiem i ucałowałeś te miejsca, a ja niemo wyszeptałam, że nie złamałam obietnicy złożonej przed laty – poprzysięgłam wtedy, że nie pokażę tego miejsce nikomu; i nie pokazałam. Ty stałeś się mną, a ja Tobą pewnego zimowego poranka; byliśmy jednością. Ja i Ty, Nick – jedna dusza zamknięta w dwóch ciałach.





Musnęła palcami skórę mlecznobiałego policzka i przeniosła spojrzenie na twarz bruneta. Kąciki jej ust drgnęły, unosząc się ku górze, a oczy rozbłysły, kiedy spostrzegła, że opuścił kurtynę powiek, chwilę później zaciągając się powietrzem, niczym najlepszym tytoniem. Gorzka czekolada przyjemnie pieściła jej nabrzmiałe, krwiste wargi, a potem język.

Uśmiechasz się – zauważyła, a gdy uniósł powieki i zobaczyła jego tęczówki, które przywodziły na myśl gorącą czekoladę, pitą w zimowe wieczory. Poprawiła ręką niedbale zarzucony na nogi granatowy koc. – O czym myślisz?
 
Odwrócił się twarzą w jej stronę, przez chwilę nic nie mówiąc, po prostu patrząc. Zobaczyła w jego oczach gwiazdy, a na twarzy szczęście.

Nigdy nie przypuszczałem, że pokażę to miejsce komukolwiek. – Siedzieli blisko siebie, udo przy udzie, nie mówił głośno, a każde jego słowo pieściło skórę jej policzka. – Że będę siedział na masce samochodu, patrząc w gwiazdy, nie przejmując się niczym, po prostu będąc. – Zaśmiał się krótko, a każdy dźwięk wypływający z jego gardła, sprawiał, że robiło jej się ciepło od środka. – Możesz być pewna, że długo będę miał ten dzień w pamięci, Nomelle.

Więc go uczcijmy – rzekła po chwili, stając po chwili na płaskiej powierzchni, i energicznie odwracając się w jego stronę. – Mówiłeś, że wziąłeś ze sobą coś do jedzenia. Nie powiesz mi teraz, że kłamałeś, prawda? – Ostatni raz rzucił okiem, jak zabawnie marszy brew, by chwilę później, zniknąwszy za bagażnikiem, wrócić, trzymając w ręku czerwony termos i dwa kieliszki. – Nie pijesz alkoholu, więc pomyślałem, że gorąca czekolada będzie idealna w zastępstwie szampana. – Uśmiechnął się, a jej głośny śmiech rozproszył ciszę. – Próbuję być oryginalny, postaraj się to docenić. – Podał jej jeden z kieliszków, po chwili zapełniając go aromatycznym napojem, ciągle nie mogąc oderwać oczu od jej tęczówek w kolorze letniej trawy i karminowych ust, rozciągniętych w radosnym uśmiechu. – Za chwile takie jak te, pozbawione trosk, myśli o upływającym czasie, pełne wiary i nadziei na lepsze jutro?

- Bo w nich zamknięta jest magia. – Kiwnęła głową, a długie rzęsy rzuciły cień na papierowe policzka, kiedy na krótką chwilę przysłoniła zielone jaskinie tęczówek kurtyną cienkich powiek. Ścianki kieliszków obiły się o siebie, by chwilę później dotknąć ich mogły wargi, pozostawiając na nich lśniące ślady. – Oby ich więcej w naszym życiu.
 
 
I było ich więcej?
Było, czasem myślę, że aż za wiele. Zastanawiam się wtedy, czy gdyby było ich mniej, czy gdyby były w podobnej ilości, co te gorsze, czy wtedy potrafiłbym się pozbierać. Szczęście przyszło do mnie w najbardziej odpowiednim momencie, było ze mną przez kilkanaście cudownych miesięcy… i kiedy pomyślałem, że jest już moje, że mogę nazwać je swoim bez żadnych wyrzutów sumienia, wtedy ono poczęło się wyrywać. Trzymałem je mocno, tak mocno, że czasem na moich rękach widniała krew. Wtedy też poddało się, by tak naprawdę uśpić moją czujność – uciekło w chwili, gdy najmniej się tego spodziewałem, szepcząc, że jeszcze długo się nie zobaczymy.

 
Kłamało?
Nie, oczywiście, że nie; te słowa były jak przepowiednia, jak osąd…Wszystko w nich było prawdziwe – boleśnie, niezaprzeczalnie prawdziwe.





.



Granatowy atłas nieba przyozdobiły gwiaździste wzory, a szum wiatru, porywający do swojego tańca liście drzew i drobinki śniegu, był jedyną melodią przecinającą ciszę. Oparci o przednią szybę czarnego samochodu wsłuchiwali się w swoje myśli, pozwalając oczom zachłannie sączyć piękno firmamentu, które zdawało się być na ich własność. Wskazówki zegara przesuwały się z wolna, a oni, jak by zaklęci w czasie, w tej jednej chwili, milczeli, każde zamknięte w odległej krainie marzeń, tuż zza potężnymi bramami, strzegącymi wejścia innym – bywali tu często, ostatnio coraz częściej; poddawali się chwili i tuż przed zaśnięciem, przymykając oczy, złotym kluczem otwierali żelazną furtę, być chwilę później karmić się ulotnymi obrazami własnych pragnień i tęsknot, które pokrzepiały ich serca i dusze, błagające o namiastkę ziszczenia.

 
Nomelle. – Ciszy szept jej imienia zawisł w powietrzu, aż uniosła powieki, spoglądając wprost na jego twarz. – Spójrz tam. – Uniósł prawą dłoń, palcem wskazując na ciemne niebo. Uśmiechnęła się, zwilżając wargi, gdy wyszeptał, jakby nie chcąc zakłócić chwili: – Widzisz?

Spadająca gwiazda. – Rzuciła mu szybkie, niepozbawione iskierek radości i blasku spojrzenie, po chwili z powrotem przenosząc je na granatową kurtynę nocy, która opadła na świat zaledwie przed godziną: – Chyba pierwszy raz ją widzę, wiesz?

Pomyśl życzenie, szybko. – Przejechał końcem języka po wardze i przymknął powieki, wypowiadając w myślach trzy krótkie słowa.
Chciał znaleźć siebie. Spojrzał na nią, a gdy spojrzenie rumiankowych tęczówek zatrzymało się na jego twarzy, poruszył podbródkiem. – Już?

 
Przez chwilę nie mówiła nic, patrzyła, jak jego twarz rozjaśnia uśmiech lekko spierzchniętych warg, w końcu śmiejąc się cicho. Lubił, gdy się śmiała. Przechyliła delikatnie głowę, tak na kilka chwil, i potarła palcami zmarzniętą skórę policzka; czarne paznokcie kontrastowały z jej mlecznobiałym kolorem. Mrugnęła parokrotnie, nim obrysowała palcem zarys dolnej wargi i zwilżyła ją językiem – smakowało truskawką.



Nick? – Na dźwięk jej głosu ponownie przeniósł wzrok na jej twarz. Uśmiechnął się, mimowolnie, zauważywszy, że przygryza wargę tuż obok kącika ust. – Naprawdę wierzysz, że się spełni?

Mama zawsze mówiła, że człowiek bez wiary jest nikim. – Przełknął ślinę, opierając ręce na masce i podkurczając nogi. Chwilę milczał. – W mikołaja nie wierzę od dawna, we wróżkę-zębuszkę też nie, więc zostało mi jedynie to. – Zaśmiał się i przeczesał włosy. Gdy odgarnął ostatniego niesfornego loka, odwrócił twarz w jej stronę. Przyglądał się jej twarzy, wyrazistym rysom; chyba szukał zrozumienia, Nie chcę być nikim, przynajmniej nie teraz. Rozumiesz? – zapytał po chwili, a gdy jego ręka natrafiła na kieliszek, upił ostatni łyk wystygłej już czekolady.

 
Ciaśniej okryła się kocem i wyżej naciągnęła rękawy wełnianego swetra – pamiętała, że gdy pomagał jej go zakładać, zatopił w nim nos, trwając tak o kilka chwil za długo; cynamon, wanilia i nutka jaśminu, niemal nie do wykryciapomyślał potem, że tak mogłoby pachnieć jego szczęście.


Ja wierzę w ludzi, marzenia i przeznaczenie, Nick. – Pochyliła głowę i ciemne włosy opadły na zaróżowione policzki; tak bardzo chciał zobaczyć jej rumiankowe tęczówki. Usłyszał ciche westchnienie, a chwilę później nie siedziała już bokiem w jego stronę. Jej kolano dotykało jego uda, a spojrzenie najczulszych strun jego duszy; patrzyłaś sercem. Dlatego nie boję się, że w najbliższej przyszłości stanę się nikim, wiesz? Może powinieneś wziąć ze mnie przykład? Myślę nawet, że gdzieś w środku, głęboko, i ty w to wierzysz, ale jesteś zbyt wielkim tchórzem, by się do tego przyznać. – Patrzyła w jego czekoladowe tęczówki, nim przyłożyła drobne palce do jego klatki, w okolicy serca, i wyszeptała: – To w tobie siedzi, Nick, dokładnie tutaj. Czujesz to, prawda?

 

Tamtego wieczora cichutko zapukałaś do drzwi mojego serca; nie bez lęku uchyliłem je delikatnie, tak na długość ramienia, w ciszy wpatrując się w Twoją naznaczoną strachem twarz – dopiero później powiedziałaś, że Cię zniewolił, uczynił swoją kochanką, a Ty byłaś zbyt słaba, zbyt krucha, by się wyzwolić.(…), spójrz, z jaką łatwością kruszysz mury mojego zamku; spójrz, jak mój dom tonie pod wpływem zieleni Twoich tęczówek, jak rozpływa się, osnuty mgiełką Twojego oddechu, i wreszcie jak w każdym atomie powietrza rozbrzmiewa delikatna nuta Twojego głosu.„ Chodź ze mną, poprowadzę Cię”, mówisz i chwytasz mą zimną dłoń, przez krótką chwilę wpatrując się w niebieskie szlaki żył. Krwistymi wargami muskasz mleczną skórę swojego nadgarstka, a zielone jaskinie prawdy przykrywasz cienką kurtyną powiek – kradniesz słowa, co uwięzły mi w gardle, bezgłośnie namawiasz do zbrodni, kusząc wizjami ulotnego szczęścia. Podążam za Tobą, bo rozpoznałem Cię – jesteś przecież przewodnikiem po moim sercu i duszy, najlepszym z najlepszych. Pokładam w Tobie ostatnie ziarnko nadziei… Nie zawiedź mnie.





Nie miał odwagi przełknąć śliny czy głośniej nabrać powietrza; patrzył na jej twarz umalowaną księżycową farbą, karmazynowe wargi zastygłe wpół słowa, pragnące krzyczeć o nim i dla niego, dwa punkciki w kolorze wiosennych liści, mówiące więcej, niż byłaby w stanie powiedzieć słowami, by chwilę później molestować wzrokiem wątłą dłoń, odcinającą się kolorem na tle czarnej kurtki. Zbliżył swoje palce ku jej, a żaden z jego ruchów, nawet tych najmniejszych, nie uchodził uwadze brunetki – przemknęło jej przez głowę, że za długo trzyma rękę na jego klatce, ale nie mogła, nie chciała, jej zdjąć, nie wtedy – tak było dobrze, prawie idealnie, bo mimo grubych połów materiału czuła jego serce – wyobraziła sobie, że czuje. Szepnął w mrok jej imię, w jego ustach brzmiało właściwie, wcale nie obco, smakowało inaczej, a potem musnął opuszkami jej śmietankową skórę, by chwilę później przykryć jej dłoń swoją; chciał ją chronić przed światem, całą, wtedy i później, już zawsze. My, kochankowie z taniego harlequin’u, nie dostrzegamy rodzącego się uczucia.

Ludzie mnie zawiedli, ja sam zawiodłem samego siebie, marzenia poniekąd zrobiły ze mnie tego, kim teraz jestem, a przeznaczenie... – Westchnął, puszczając jej rękę, którą po chwili cofnęła, chyba ją zranił. Nigdy nie wierzyłem w to gówno…

To jak wytłumaczysz to, co przytrafiło się nam? – Przygryzła wargę, zachłannie sącząc czekoladę jego spojrzenia. Nie pozwoliła się mu nawet odezwać, zaatakowała. – Naprawdę myślisz, że to tylko przypadek, zwykły zbieg okoliczności, Nick? Nie bądź głupi, nie zostaliśmy postawieni na swojej drodze bez powodu – powiedziała ciszej, trochę mniej agresywnie.

Co masz namyśli? – Pokręcił głową, a nieco za długie, ciemne włosy zatańczyły wokół jego twarzy; uśmiechał się gorzko.

Wciągnęła powietrze nosem, głośno, a chwilę później potarła jedną dłonią o drugą, na koniec zaciskając je w drobne piąstki.

Myślę, że mamy sobie pomóc, Nick, nawzajem. – Uniosła głowę. – Ja Tobie, Ty mnie, rozumiesz?



Zamknął oczy. Nie chciał widzieć jej twarzy, bojąc się chociażby przelotnego spojrzenia jej zielonych oczu, nie chciał też, by słowa, którymi kąsała jego umysł, doleciały do uszu, które były zbyt wyczulone na dźwięki wydostające się z jej gardła. Jak on wcześniej setki razy, tak ona teraz, w sekundzie zabarwionej udawaną wiecznością, rzuciła mu prawdą prosto w twarz, pozwalając, by jej trujące cząsteczki wżerały się w skórę – wił się w niewidocznych mackach zwątpienia, głuchy na kakofonię syków i jęków sumienia, które powstało z popiołów jego dawnej egzystencji, choć sądził, że zdechło; jak bardzo się wtenczas mylił! Okruchy dobroci zamknięte w zakurzonym kufrze wspomnień, otoczone śmiercionośną ciszą, czekały na chwilę wskrzeszenia – oto i ona, marny człowieczku, żałosna repliko boga zła, który tknął w ciebie na milisekundy swego ducha.





Zdechnij jak pies.
Umrzyj.
Zabij we mnie demona.
(…), niech już nie wraca.





.



Przywiązali mnie do słupa.
Zakneblowali usta.
Podpalili stos.
- chcieli zabić, chcieli uciszyć.
Mówili, że to tylko na chwilę; że potem znowu będę.”
O n i, moi oprawcy, mordercy, kanibale mojej egzystencji.
O n i, świadkowie mojego zmartwychwstania; ratunek.
Zdechłem, zwiędłem, zgniłem od środka.
Już po mnie, już jestem.”





Oddalił się od niej na odległość zaledwie paru metrów; siedziała na masce samochodu, z zamkniętym wejściem do jaskini zielonych oczu i drobnymi piąstkami, ukrytymi w kieszeniach ciepłej kurtki. Musiał wstać, nie chciał być blisko, wolał uciec – choćby o te kilka kroków – schować się w gęstwinie drzew, zanurzonych w nocnej poświacie ciemności. Tak bardzo bał się tego, co usłyszał – jej słowa przeraziły go, poczyniły spustoszenie w umyślę, wywołały gonitwę myśl, których nie sposób było ujarzmić, nie wtedy, nie gdy ona była obok. Westchnął, zakrywając twarz rękoma – trwał tak kilka chwil, dopóki nie usłyszał jej głosu; moje imię tak ładnie brzmi w Twoich ustach!

Podszedł do niej i przez chwilę wpatrywał się w jej oczy, a gdy rozchyliła wargi, przyłożył do nich palec.

Na razie nic nie mów, Nomelle. – Przełknął ślinę, a ona przekrzywiła głowę; czekała. – Dopóki się nie zjawiłaś, moje życie wyglądało zupełnie inaczej, normalnie. Nie można było nazwać tego egzystencją, po prostu funkcjonowałem: jadłem, spałem, budziłem się każdego dnia, zaspokajałem swoje potrzeby; żyłem, bo musiałem, bo tak trzeba było, rozumiesz? – Nie odzywała się, nie poruszała, słuchała. Czuł, tam w środku, że to, co powie, co uczyni, będzie przełomem, ogromnym krokiem, choć nie wiedział, w którym kierunku. – Odpowiadało mi takie życie, sam sobie na nie przecież zapracowałem. Potem pojawiłaś się ty, przyjąłem cię pod swój dach, do tej pory nie wiedząc, dlaczego, poznałem, pokazałem ci tyle, ile chciałem, byś zobaczyła; nic ponad to, słyszysz? – Jego głos przybierał na sile, nieświadomie zacisnął palce w pięści; pot wstąpił mu na czoło, czuł posmak pustyni w ustach, a w uszach delikatny szum; odradzał się w nim dawny on. – Nie mów mi więc teraz, że potrzebuję pomocy, bo to kłamstwo, twoje gówniane pragnienie, wizja nieprawdziwej rzeczywistości. – Zobaczył siebie w jej oczach, tego, którego dawno nie widział, którego prawie już nie znał. Nie wiedział, czy się bała; nie potrafił tego dostrzec; zbyt wielu szczegółów nie widział, zaślepiony rządzą dominacji. – Jedno wielkie, pieprzone kłamstwo, słyszysz? – wysapał po raz ostatni, nim cofnął się o krok, mierzwiąc ręką przydługawe włosy.

Dlaczego stale się oszukujesz? Dlaczego udajesz, że wszystko jest w porządku, Nick? – Była spokojna, w jej głosie pobrzmiewała siła i determinacja. Z wolna poczęła iść w jego stronę; nie cofnął się. – Twoje życie nigdy nie było normalne, bo ty byłeś inny. Lepszy, gorszy? To mało istotne, ważne jest to, gdzie w tej chwili jesteś, gdzie stoisz, na jakim etapie swojego życia się zatrzymałeś i jaki jest tego powód. Znasz odpowiedzi, prawda? – Zrównała się z nim i popatrzyła w jego ciemne tęczówki; wydawał się zagubiony, jeszcze się wzbraniał. Gdybyś nie potrzebował pomocy, nie byłoby mnie tutaj, nie pomagałabym ci na nowo się odnaleźć, nie otworzyłbyś się i nie pokazał siebie. Zobaczyłam w tobie więcej, niż chciałeś mi pokazać; poznałam cię lepiej, niż tego oczekiwałeś. – Do jej oczu napłynęły łzy, które po chwili miały spłynąć po porcelanowym poliku, zatrzymując się na drobnych wargach. – Wpuściłeś mnie do swojego życia, bo chciałeś, by ktoś pozwolił ci mówić, byś mógł się przy nim wyleczyć, byś na nowo pokochał. Nie dałam ci tego, nie pozwoliłam na to? – szepnęła w mrok i przyłożyła drobną piąstkę na wysokości jego klatki, zaciskając na połach zimowego okrycia palce i szarpiąc mimowolnie. Tak bardzo bolało i jego, i ją!



Wasz wspólny początek? To wtedy to wszystko się zaczęło?
Tak sądzę. Jej słowa były jak sztylety, które wbijała w każdy najmniejszy skrawek mego ciała; okaleczała mnie nimi, jakby chcąc napawać się moich strachem, bólem i moją krwią. Bolało psychicznie; bolało mocno, wtedy i przez kolejne kilka dni.



Cierpiałeś przez Nią…
Cierpiałem dla Niej.


.



W pamięci nadal miał chwile sprzed dwudziestu minut; tkwiły przed jego oczyma nieustannie, niczym nieusuwalny tatuaż – na jego życiu, psychice, teraźniejszości i oczach, jakby miały pozostać tam już na wieki. Przytulił ją wtedy, przepraszał, dotykał jej twarzy, włosów, zacierał dowody – wodził palcami po szlakach zaschniętych łez, gładził cieniutki powieki i opuchłe wargi; uspokajał, błagał o przebaczenie i obiecywał, że to już nigdy, że już w ogóle, nucił jej do ucha, zamykał drobne dłonie w uścisku swoich palców, zatapiał nos w brązie jej włosów, zamykał oczy, modlił się, klął w duchu, łkał niewidocznymi łzami i zanosił się nieprawdziwym szlochem, żałował.
 
Obiecałem, że już nigdy nie wyzwolę potoku łez z jaskiń jej oczu.
Obiecałem, że już nigdy nie podniosę głosu na tę kruchą, drobną i delikatną laleczkę.
Obiecałem, że już nigdy nie będę wzbraniał się przed prawdą, którą tylko ona dostrzegała.
 
 
Kłamałem?
Kłamałeś.
 
.
 
Podeszła do samochodu, a w chwili, gdy otwierała drzwi po swojej stronie, usłyszała znajome dźwięki, by chwilę później tuż przy jej nogach mogła znaleźć się biała, lekko pobrudzona kuleczka. Popatrzyła w wystraszone oczy zwierzęcia i schyliła się, by je podnieść.
Nick? – Uniosła głowę, niechętnie przenosząc spojrzenie z białego znaleziska na twarz chłopaka. - Spójrz!
Niedaleko stąd widziałem domy, ludzi, pewnie się przybłąkał. Wsiadaj do samochodu. – Rzucił okiem na jej twarz, oczy, które niemo błagały, by go zachować; uśmiechnął się, lekko, ale szczerze. – Chcesz go, prawda? – Kiwnęła głową, wpatrując się w zwierzę i zbliżając swoją twarz do jego pyszczka; jedno z jego oczu okalała czarna plama. – Jedźmy już. Kot z nami – dodał, gdy spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
Ruszyli. Po kilkunastu minutach jazdy w niczym niezmąconej ciszy, rzucił okiem na brunetkę, osłoniętą kocem, z kotem zwiniętym w kulkę w okolicach jej serca; spała. Jego myśli, jak poprzednio, znów pomknęły ku jej osobie; nadal mógł dojrzeć podkrążone od płaczu oczy, zmierzwione i poplątane włosy oraz drżącą przez sen wargę - bał się, że nie zapomni, że będzie to dusić w sobie, aż w końcu odejdzie. Nie przyznawał się do tego - ani przed sobą, ani przed nią - ale nie chciał, by do tego doszło; chciał ją zatrzymać, mieć przy sobie już zawsze; nie wyobrażał sobie mieszkania bez jej zapachu, garstki ubrań w szafie ani ulubionego, czerwonego kubka, który przywiozła ze sobą z domu, a który teraz stał na komodzie, z resztkami niedopitej herbaty. Nie pamiętał już, jak wyglądało jego życie, gdy jeszcze jej w nim nie było.
Zaparkował tuż przed wejściem do kamienicy. Okrążywszy auto, otworzył drzwiczki po stronie pasażera i powoli, najdelikatniej, jak tylko mógł, ułożył jej ciało w swoich ramionach i wyjął z samochodu. Kilka razy mruknęła coś niezrozumiałego przez sen, ale nie otworzyła oczu. Zanurzył nos w jej włosach i, niczym narkoman, napawał się ich zapachem, by po chwili ucałować czubek jej głowy i szepnąć słodkich snów. Ułożył jej drobne ciałko na łóżku i dokładnie okrył je oliwkowym kocem. Dzisiaj nie wpatrywał się w jej naznaczoną ekstazą snu twarz; dzisiaj położył się tuż za nią i delikatnie ją objął, a w jego głowie cały czas przewijało się jedno zdanie: „Głupcze, mogłeś ją stracić!”.
 

(…), przez bardzo długi czas nie potrafiłem rozgryźć swoich uczuć tamtego dnia, swoich reakcji, sprzeczności, które wylewały się z każdego zakamarka mojego umysłu. Chciałem mieć ją blisko, pragnąłem świadomości, że jest ktoś, kto nadal trwa przy moim boku, kto słucha, naprowadza i nie potępia, a jednocześnie tak bardzo nie chciałem otworzyć się przed Nią do końca. Bałem się, wiesz? Tak cholernie, tak mocno bałem się, że gdy pozna wszystkie moje tajemnice, lęki, moją przeszłość, … że wtedy odejdzie, zostawi – tak bardzo nie chciałem być wtedy sam, rozumiesz? Nie wtedy, gdy nauczyła mnie, jak żyć, jak kochać – choć wtedy byłem jeszcze zbyt głupi, zbyt zaślepiony, by to zauważyć. Wmawiałem sobie, że nie potrzebuję pomocy, że jest idealnie, dokładnie tak, jak tego chciałem – sam wiesz, że nie było; znów grałem, odtwarzałem pewne role, znów wybierałem złe ścieżki.

Byłeś taki troskliwy, taki czuły wobec Niej. Kochałeś już wtedy?
Wiele z moich ówczesnych zachowań było instynktownych, mimowolnych – nie potrafiłem nie dotknąć Jej skóry, nie umiałem nie poczuć smaku Jej ust, nie chciałem nie zatapiać się w Jej zapachu. Pociągało mnie Jej piękno wewnętrzne, Jej drobne ułomności, pozorne wady. Czy kochałem już wtedy? Zapewne tak, choć jeszcze to do mnie nie docierało. Najpierw rozkochała mnie w sobie swoją duszą, potem dopiero ciałem.


 
 
 
 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz