poniedziałek, 10 czerwca 2013

05. "(...), tylko ten smutek, tylko ten wiersz, który mnie kocha"


Otworzyła oczy, raz po raz rzęsami dotykając papierowej skóry policzka. Jej suche wargi rozwarły się nieznacznie, gdy kosmyki za długiej grzywki opadły na czoło pokryte niewidoczną warstwą potu. Choć wiedziała, jak się tu znalazła, nie rozumiała, dlaczego. Pochyliła się do przodu i, pocierając palcami nagie ramiona, na których osiadł pustynny kurz, przełknęła ślinę. Śniła jej się śmierć.
 – Jestem głodna… - Usłyszała za sobą, a po jej ciele przeszedł dreszcz. – Chcę twojego strachu!
Przyśpieszyła kroku, który w chwilę później zamienił się w bieg. Zakryła uszy rękoma, z każdą chwilą przyciskając je z większą siłą, i zacisnęła mocno oczy, nie chcąc uronić z nich ani jednej łzy bezsilności, niemocy, która ostatnio, zaledwie miesiąc temu, wylewała się z jej ust. Nie chciała widzieć, słyszeć, ani czuć.
 – Nie wygłupiaj się, moja mała – wysyczała ta, której nie była w stanie dostrzec. Jej szyderczy śmiech mieszał się z ciszą. – Przecież nie uda ci się uciec. Należysz do mnie, pamiętasz?
W powietrzu czuła specyficzną woń gnijącego ciała, która wdzierała się do jej nozdrzy, wsiąkała w ubranie, wbijała się pod skórę. Biegła stale, wciąż i wciąż, a żaden z jej kroków nie oddalał jej od tej, od której uciekała – bo Ona była zawsze o krok, gdzieś w tle, w zakamarkach pamięci, w świadomości tego, kto przed Nią uciekał. Nagle stanęła i wydał z siebie ogłuszający jęk zawodu, bezsilności i gniewu. Rumiankowe okienka oczu rozwarły się; nie dostrzegły pustynnego krajobrazu, a jedynie asfaltową powierzchnię autostrady.

– Biegnij, śmiało, próbuj uciekać! – Skuliła się w sobie, gdy rozdzierający duszę krzyk przeciął ciszę. – Zamknę oczy i policzę do dziesięciu. Zabawimy się! Stawką jesteś ty, Nomelle.
Drgnęła na dźwięk swojego imienia. Ciemne kosmyki poplątanych włosów zatańczyły na wietrze, a biała sukienka, symbol niewinności, dziecięcego niezbrukania, przylgnęła do spoconej skóry. Bosymi stopami pokonywała trasę wyznaczonej wędrówki, ścieżki jej krótkiego życia.
– Jeden…
Bolało ją serce wygrywające żałobny marsz, pieśń zakochanej, idącej na skazanie duszy. Wydano wyrok, skazano na tortury jej kruche ciałko i zbyt dojrzałą psyche, patrzono, jak odchodzi w ręce tej, która pragnęła jej najbardziej.
– … dwa…
Szeptem wołała o pomoc, wsłuchując się w pomruki wiatru, a jej wola walki kurczyła się do rozmiarów ziarenka piasku – była słaba, samotna, skazana na porażkę; nie było z nią Jego. Z suchych warg zlizywała ostatnie kropelki nadziei, smakowało gorzką przegraną.
… trzy….
Bolał ją każdy skrawek ciała, nawet w opuszkach palców czuła zmęczenie. Mocniej zaciskając palce w piąstki, zagryzała wargę, gdy na odludziu, pośród atomów kurzu, zagubienia i przytłaczającego milczenia, usłyszała wskazówki poruszające się po tarczy zegara; tik-tok, tik-tok.
– … cztery…
Zwolniła kroku, krzyżując ręce na piersi i zmarzniętymi rękoma pocierając skórę ramion. Jej suche wargi wołały o kilka kropel wody, a rumiankowe oczy wezbrały łzami. Nie umiała być silną bez Niego, nie wtedy, nie tutaj, nie z Nią.
– … pięć…                                             
Odwróciła się, wzrokiem doszukując się szkaradnej sylwetki kościstej pani, lecz i tym razem zmysły zdradziły ją – była ślepcem pośród opustoszałej ojczyzny ludzi zasadzonych na śmierć. Przez krótkie dziewiętnaście lat wzrastania, dojrzewania i niekończącej się walki o przetrwanie karmiła się złudnymi nadziejami, że nigdy nie znajdzie się tutaj tak wcześnie, nie wtedy, gdy szczęście zapukało do jej drzwi.
– … sześć…
Drobna ręka powędrowała w okolice serca, a chude palce zacisnęły się na materiale sukienki, odsłaniając kawałek nagiej piersi. Wargi poruszały się w niemym tańcu, gdy słowa ratunku, próśb i obietnic próbowały znaleźć ujście, uciec, porzucić rozkładające się od środka ciało mordowanego podlotka. Tonęła w strachu, twarz zalewało jej zwątpienie.
– … siedem…
Z warg zlizywała niewidoczne dla nikogo, osiadłe na suchych gąbeczkach, resztki nadziei, palce zaciskając w piąstki. Na drodze nicości, pustki, której nie rozpoznawała, stawiała małe kroki. Dusiła się powietrzem, a słońce oblane krwistą farbą raziło jej oczy. Wierzchem dłoni otarła słone krople z papierowej skóry i uniosła twarz ku górze.
– … osiem…
Przygryzając wargę i wsłuchując się w podszepty duszy, pokonywała nieznaczne odległości. Wszystko w niej krzyczało, że nie może się poddać, że musi iść. Niemo zadawała pytania: a On?. Oddychała szybko, znowu się bała.
– … dziewięć…
Mrugnęła, a wtedy wszystko zniknęło; czuła dym, widziała płomienie, słyszała krzyki kobiet i płacz dzieci – była przed domem, z którego uciekła. Przecząco kręciła głową, bezwiednie zanurzając palce w sieci brązowych włosów. Bolały ją poszarpana dusza i okaleczane chorobą serce. Tak bardzo nie chciała tu być!
 Szukam. – Usłyszała cichy szept, a na nagim ramieniu poczuła zimny dotyk.
Zaczęła biec, choć wiedziała, że nie jest w stanie schować się dostatecznie dobrze; tak, by ani strach, ani Ona nie mogli jej znaleźć. Biegła, uciekając przed tym, co nieuniknione. Chciała wzywać pomocy, lecz przez podrażnione suchością gardło nie przedostawało się żadne słowo – znów była skazana tylko na siebie. Poruszała się w obrębie głównej ulicy, bojąc się ciemnych zaułków i pustych alejek. Gdy dziecięcy krzyk doleciał jej uszu, drgnęła, po chwili przystając i powoli się odwracając.
 – Gdzie jest moja mama? Zabierz mnie tam. Boję się… – Bladą twarz chłopczyka zdobiły krople łez, a w bladoniebieskich oczach zadomowił się strach. Jego drobne ciałko trzęsło się. – I zimno mi.
Na przemian zamykała i otwierała oczy, co kilka chwil pocierając je drobnymi piąstkami. Sączyła błękit jego oczu, wpatrywała się w małe wargi i drobny nosek. Nie wierzyła temu, co widzi. Nie było go w jej życiu, tak fizycznie, od lat. Z wolna zbliżał się ku niemu, a gdy była na tyle blisko, by móc dotknąć jego twarzy, przystanęła. Wyciągnęła trzęsącą się dłoń, gdy poczuła na niej samotną łzę, i opuszkiem palca przejechała po skórze jego policzka, a potem wardze – w dotyku były takie, jak zapamiętała; jak wyobrażała sobie każdego dnia. Przycisnęła jego drobne ciałko do swojej piersi, a w chwilę później uświadomiła sobie, że nie jest w stanie powstrzymać łez, które drążyły sobie korytarze na jej zaróżowionych polikach. Płakała łzami tęsknoty i rozżalenia, bo wiedziała, że jego nie ma, nie tak naprawdę, nie tam, skąd przyszła. Śnił jej się blondwłosy chłopczyk o oczach zrodzonych z morskiej piany, jej brat.
 – Zabiorę cię do mamy, chodź – szepnęła, niepewna jego reakcji. Gdy po chwili wahania ujął wyciągniętą w swoją stronę dłoń, uśmiechnęła się przez łzy. Wzięła go na ręce, pozwalając, by wtulił drobny nosek w jej szyję, wargami dotykając mlecznobiałej skóry.
 – Jesteś Payton, prawda? – wyszeptała, z nosem w jego miękkich, delikatnie pokręconych włosach. Chciał przypomnieć sobie jego zapach, przez te wszystkie lata to za nim najbardziej tęskniła; nie potrafiła powtórnie go odtworzyć.
– Skąd wiesz? – Uniósł głowę, spojrzeniem lustrując twarz brunetki. Mimowolnie zacisnął palce na jej przedramieniu, nie czuła bólu. – Znasz mnie? Bo ja ciebie nie, wiesz? – dodał po chwili, by zagłuszyć ciszę, gdy zbyt długo wpatrywała się w jego jasną twarzyczkę.
Jeszcze raz popatrzyła w oceany jego oczu, zagryzając wargę; już nie płakała.
– Po prostu mnie nie pamiętasz – szepnęła znów, a nieśmiały uśmiech rozjaśnił jej bladą twarz. Złapał jej serce w swe małe rączki i nie chciał puścić; a ona nie chciała się uwolnić się z klatki jego palców. – Może z czasem sobie przypomnisz, mocno w to wierzę.
Zbliżył swe usta do jej ucha, poczuła, że owiewa ją jego słodki, dziecięcy oddech; rozchylił wargi i trwał – sekundę, kolejną, a może nawet i wieczność – by w chwilę później koniuszkiem języka dotknąć jej skóry, tuż za uchem. Śmiał się, cicho, szyderczo, dotykając palcami pulsującej, gorącej od krwi tętnicy, naznaczając jej ciało, jej duszę wilgotnymi ścieżkami; pragnął jej skosztować, chciał jej, pożądał
– Smakujesz najlepiej… – Przymknął powieki, zaciskając palce na jej delikatnej szyi, kruchych kościach, patrzył w jej przerażone oczy, spijał krople potu, zlizywał strach. – … najlepiej ze wszystkich.
Wbijała zbyt krótkie paznokcie w jego chłopięce ramionka, niemo wzywała pomocy. Skóra, skażona jego śliną, paliła, trucizna wżerała się pod spód, wnikała do mięśni, zagnieżdżała się w komórkach, wtapiała w neurony. Patrzyła w jego oczy, pełne ekstazy, rozkoszy, odbijające jej ból i bezsilność; te oczy, te głębokie studnie bez dna, wołały o mięso – pragnęły jej, tylko jej. W tamtej sekundzie zrozumiała, przejrzała, oddaliła pragnienia, pozwoliła wrócić rzeczywistości.
– Chcę ciebie, słyszysz? Teraz, już, oddaj się w moje ręce, nie walcz… – wysyczał, wgryzając się w nadgarstki, poprzecinane szlakiem błękitno-siwych żył. Krzyknęła, kolana ugięły się pod jej ciężarem, upadła, z nim uczepionym jej bioder, oplatającym ciasno talię, wchodzącym w nią, sączącym jej krew.
Zabij – zdołała wymówić, mimo suchości w gardle i bólu; traciła wzrok. – Proszę…
Zaśmiał się, głucho, lodowato, ukazując pokryte wiśniową cieczą zęby. On nie miał serca, on był neutralny, obojętny, skupiony na sobie, na swoim zadaniu.
– Jeszcze nie teraz, moja mała, to nie twój czas. Wrócę, gdy będziesz najszczęśliwsza – powiedziała jej śmierć.

 *






„Zimno, drżę na całym ciele – ze strachu. I choć tuli mnie do siebie z całych sił, mocno, tak by ochronić przed światem, nie mogę powstrzymać łez, których pełno pod powiekami. Umieram w środku. Boli, chyba najbardziej świadomość końca; już blisko.

(…),  nie chcę takiego szczęścia.”


Zbudziła się. Odruchowo potarła skórę zmoczonych łzami polików, przymykając powieki. Bolała ją szyja i nadgarstki, które drapała, ciałem będąc tu, w ciemnym pokoju, a świadomością w krainie swych nocnych koszmarów. Zaciskając palce na zmiętym materiale oliwkowej pościeli, westchnęła – w jej duszy to westchnienie było aktem wołania o pomoc, krzykiem głuchym i pełnym niewypowiedzianego bólu i niewylanych łez. Poczuła chłód, gdy gołe stopy dotknęły drewnianej posadzki, a na wpół nagie ciało otoczyła fala styczniowego zimna. Poruszała suchymi wargami, dotykała skóry ramion i odgrywała na scenie niewielkiego mieszkania swoje własne przedstawienie – widzami byli księżyc, pieszczący jej ciało srebrną poświatą, i ciemność, tańcząca wśród mebli i kosmyków jej ciemnych włosów. Poruszała się z wolna, lękała się najcichszego hałasu, wyobrażała sobie jej odpychające ciało zaraz za sobą. Dotknęła ręką framugi kuchennych drzwi, popchnęła je delikatnie i ostrożnie przekroczyła próg. W jej nozdrza wkradł się zapach wieczornej kolacji, zastygły, ukryty w szczelinach białych szafek, w drewnianym blacie sosnowego stolika. Nie miała siły podnosić nóg, szurała nimi po kuchennych kafelkach, aż dotarła tam, dokąd zmierzała. Długie palce gładziły przejrzystą, okienną szybę, a wzrok bacznie obserwował wszystko, co za nią. Samotna łza zatańczyła na rzęsie, by w chwilę później pieścić zaróżowiony polik, a spomiędzy warg wydostało się ciche, ulotne, uformowane tylko dla niego:
Przyjdź.
Palce prawej ręki utonęły, zasnęły w fałdach koszuli nocnej, zawędrowawszy w okolice serca – biło powoli, choć w myślach nadal miała jej słowa. Błękitna ściana była dla niej podporą, gdy mimowolnie osunęła się wzdłuż niej, wyczerpawszy resztki akumulowanej od dawna siły ­– pozbyła się ich w ciągu jednej nocy, która od tej chwili jawiła jej się jako upiorna pani, wróg stojący ramię w ramię z kościstą panią i strachem.


Obudziła go jej nieobecność – podświadomie wyczuł jej brak u swego boku, zimną stronę łóżka i umykający mu zapach jej włosów i ciała. Jeszcze z zamkniętymi oczami, pogładził lewą stronę prześcieradła, a gdy palce natknęły się na nicość, zatańczyły w zimnych ścieżkach niewygładzonego materiału, przetarł oczy. Pokój rozjaśniła nikła, przygaszona smuga światła, gdy powoli pokonywał dzielącą ich odległość. Niepokój zmieszał się z czekoladą jego oczu i osiadł w kącikach ust, które rozwierały się na krótkie milisekundy co kilka chwil. Znalazł ją w kuchni, pod oknem, na zimnych, turkusowych kafelkach – przygarbioną, obejmującą łydki trzęsącymi się rękoma, kiwającą się w przód i tył. Wyczuł, że się boi. Stał tam, w progu, czując złość napływającą na język, gorzką, palącą, niepodobną do niczego innego, i zaciskając palce w pięści. Był zły na siebie, bo z każdej strony atakowała go bezsilność; był zły na Boga, bo rzucił na jej kruche barki coś tak ciężkiego i przytłaczającego; był zły na jej chorobę, bo atakowała jej bezbronne ciałko i wyniszczała psychikę. Marzył mu się dla niej realny morderca – taki, którego mógłby spotkać w ciemnym zaułku, i dać do zrozumienie, że jej się nie dotyka, nie krzywdzi, nie zabija. Zbliżył się do niej, a gdy był zaledwie o krok, uniosła głowę – patrzyła na niego niewidzącym wzrokiem, spojrzeniem zbłąkanej, przestraszonej i bezbronnej łani. I choć kąsała rumiankowymi oczyma jego twarz, nie dostrzegała go; oczy przykryła jej kurtyna wspomnień, bólu i dziecięcego niezrozumienia. Wystraszyło go to cierpienie. Kucnął przy niej, kolanem dotykając jej trzęsącej się ręki – i dopiero wtedy, tak naprawdę, tak w pełni, zdała sobie sprawę, że on słyszał, że przyszedł, że jest, dla niej, by ją chronić, by ukoić ból i odeprzeć strach; bo tylko w jego ramionach nie miała prawa się bać. Patrzył w jej oczy, a ona w jego, spojrzeniem ciężkim, enigmatycznym. Wdarł się do jej głowy, serca, ukoił duszę, dotykając palcami najcieńszych jej strun. Objął jej kruche ciałko spojrzeniem, dopiero potem rękoma – zamknął ją w bezpiecznym uścisku swych palców, w klatce zapachu niosącego ze sobą powiew wiosny, i pozwolił przelać jej cierpienie na swoją skórę. Symfonia łez mieszała się z ciszą, a słone krople wsiąkały w jego bawełniany podkoszulek, zwilżały skórę ramion i szyi, uspokajały.
– Była tu, Nick… – załkała, z twarzą wtuloną w jego pierś, wsłuchując się w podszepty serca. – I wróci, na pewno wróci…
Zatopił nos w jej ciemnych kosmykach i z wolna przymknął powieki. Trwał tak przez chwilę, czując drżenie jej ciała i słysząc jęki, wydostające się z pomiędzy gąbeczek jej suchych warg. Opuszkami palców kreślił wzory na jej nagich ramionach, a po chwili z łatwością uniósł jej kruche ciałko i przeniósł na swoje wyprostowane nogi – nie chciał, by marzła na zimnych, kuchennych kafelkach. Mocniej wtuliła się w jego ciało, zacisnęła palce na białym, mokrym od łez podkoszulku, i gdy on oparł brodę na jej głowie, nieświadomie zaczęła pieścić jego szyję słodkim, ciepłym oddechem.
– Obronię cię – szepnął w ciemność, gdy rozprostowała piąstki i całą dłoń przyłożyła do jego serca; lubiła myśleć, że w ten sposób jest jeszcze bliżej niego.
– Wiem. – Uniosła głowę i spojrzała w jego oczy; niemo płakał. – Ale i tak się boję.
Wpatrywał się w zwierciadła jej duszy, w leśne polana jej oczu, i cicho wypuścił powietrze z ust. Próbowała się uśmiechnąć, tak tylko dla niego, gdy na jej czole złożył długi pocałunek, ale w tamtej chwili było to ponad jej siły. Mimo to tulił ją przez resztę nocy w swoich ramionach, które dla niej były azylem, ostoją, pierwiastkiem bezpieczeństwa i spokoju. Zasnęła, wtulona w jego klatkę, z nosem nieopodal jego grdyki, z jego brodą na swojej głowie – pewna, że do rana nic jej nie grozi. I choć przez większość czasu oddychała miarowo, spokojnie, to co jakiś czas mimowolnie potrząsała głową, targając jego koszulkę lub wydając ciche jęki – on wtedy tulił ją mocniej, przyciskał do swojego serca, które wygrywało najpiękniejszą kołysankę, i stale powtarzał, że nikomu jej nie odda. Wierzyła mu, nawet we śnie.

Bała się zawsze, stale?
Bała się przez cały czas. Nie potrafiliśmy – ani ona, ani ja – wyeliminować strachu z wielu aspektów jej egzystencji. Często bała się zasnąć, zwłaszcza po tamtej sytuacji. Przez bardzo długi czas nie wiedziałem, co tak naprawdę wówczas się wydarzyło. Ona nie mówiła, ja nie naciskałem. Pewnego dnia do mnie przyszła, mocno się przytuliła i wyszeptała na ucho, że wtedy, tamtego styczniowego dnia, śniła jej się śmierć, która obiecała, że przyjdzie, gdy będzie najszczęśliwsza. Pamiętam, że nerwowo skubała sweter, a deszcz dudnił w szyby.

Wierzyła w moc snów.
To absurdalne, ale bała się bycia szczęśliwą. Myślała, że wtedy zjawi się śmierć – czasem mi o tym mówiła.


*

Patrzę na Ciebie przy śniadaniu, gdy ubierasz buty, kiedy rozciągasz rękawy za krótkiego swetra.
Obserwuję Cię podczas czytania książki, gdy pijesz piątą filiżankę herbaty, kiedy się śmiejesz.
Przyglądam Ci się o czwartej nad ranem, gdy przyrządzasz kolację, kiedy marszczysz brwi.
(…),
a wszystko zaczęło się od tego, że się zakochałem.
Zakochałem się jakieś dwa, trzy dni temu, o trzynastej dwadzieścia. *
Siedziała w szarym fotelu, tym ulubionym, i powoli sączyła malinową herbatę z do połowy opróżnionej filiżanki. Nie poruszyła się ani nie podniosła na niego wzroku swoich rumiankowych tęczówek, gdy wszedł do pokoju. Cicho przemieszczał się bez celu, po to tylko, by być blisko, po jasnych panelach, aż w końcu przystanął. Spojrzał na nią krótko i zbliżył się do niej, kucając po kilku sekundach niepewności.
– Pójdziemy na spacer, Nomelle. – Dotknął jej ręki i dopiero wtedy na niego spojrzała. – Ubierz się, dobrze?
– Dokąd? – zapytała beznamiętnym tonem, a jej spojrzenie powędrowało na ręce oplatające filiżankę w kwiatowy wzór, prezent od niej dla niego. – Nie wolisz zostać w domu?
Pokręcił głową i posłał jej nikły uśmiech spierzchniętych warg. Już chciał wstać, gdy poczuł na prawej ręce dotyk jej zimnych palców, a w chwilę później krótki pocałunek na nieogolonym policzku. I tylko jej szept zawibrował w powietrzu, przesyconym wonią ich ciał:
Bądź przy mnie, Nick

*

Sprawił, że zaczęła się uśmiechać. Opowiadał jej historie z dzieciństwa i dowcipy, po których zawsze następował wybuch niepohamowanego śmiechu. Ona recytowała wiersze, których uczyła się z okazji ważniejszych uroczystości rodzinnych, i cichym głosem, nieco onieśmielona, z zakamarków pamięci przywoływała dziecięce piosenki. Mówił jej o ulubionych książkach, wierszach i filmach, pokazywał jej artystę, który nadal był jego częścią. Ona opisywała mu smak ulubionych dań i otwierała przed nim swoje serce. Razem lubili odkrywać tego drugiego.
– Co się stało z twoją pasją, Nick? – zapytała niespodziewanie, ukradkiem spoglądając na jego twarz.
– Muzyka to część mojej przeszłości, do której nie chcę wracać. – Odkaszlnął i posłał jej nieśmiały uśmiech; zmienił się wyraz jego oczu. – Nie jestem gotowy wrócić, tak właściwie.
Nic nie odpowiedziała, ujęła go tylko pod ramię i oparła głowę na jego ramieniu; tak było im najlepiej.


Dlaczego nie chciałeś wracać?
Bałem się, że wraz z powrotem do muzyki, znów stanę się tym samy człowiekiem, co za czasów, gdy była ona dla mnie najważniejsza. Nie chciałem takiego powrotu. Uświadomiłem sobie, że byłem wówczas wrakiem człowieka, wszystko, co ludzkie umarło we mnie pewnego dnia i nie potrafiło się odrodzić. Nie byłem szczęśliwy, w przeciwieństwie do okresu, który spędziłem u Jej boku. Rozumiesz, prawda?

Bałeś się, że Ją utracisz…
W momencie, gdy skonfrontowałby swoje wyobrażenia o mnie z przeszłości z rzeczywistością, którą miałaby tu i teraz, już zawsze – tak, wtedy bym Ją utracił.


Milczeli. Ich oddechy mieszały się w powietrznym tańcu, gdy w jednakowym tempie pokonywali urywki drogi. Poczuł wibracje telefonu ukrytego w kieszeni ciepłej kurtki, wyciągnął go, a ujrzawszy znajomy numer, oddalił się nieco i przyłożył aparat do ucha.
– Tęsknię za tobą. – Usłyszał głos Shiri, wyczuł w nim ulgę i podekscytowanie. – Nick, skarbie…
– Czego chcesz? – zapytał przyciszonym głosem, spoglądając na brunetkę; stała odwrócona do niego tyłem i oglądała sklepową wystawę.
– Brakuje mi ciebie, tak długo się nie widzieliśmy – zamruczała do telefonu. – Mówiłam już, że tęsknię…
– Tęsknisz za moją forsą, nie za mną. – Zanurzył palce w kieszeni płaszcza, zaczynał się denerwować. – Nie mogę teraz rozmawiać, rozumiesz? Nie dzwoń do mnie, wszystko między nami skończone.
Zamierzał się rozłączyć, gdy jej rozpaczliwy głos dotarł jego uszu:
– Musimy się spotkać, słyszysz? Obawiam się, że mamy problem… – Przerwała na dłuższą chwilę, a gdy on, otumaniony tym, co usłyszał, nie odezwał się, dodała: – Przyjdź do mnie, godzina nieistotna, czekam.


Rozłączyła się, a on jeszcze przez chwilę stał ze słuchawką przy uchu, wsłuchując się w pojedyncze sygnały zakończonej rozmowy. Przygryzł wargę i odwrócił się, wzrokiem szukając brunetki w zielonym płaszczyku – stała tam, gdzie przed chwilą. Ich spojrzenia spotkały się, uśmiechnął się i ruszył w jej kierunku.
– Posłuchaj, muszę się z kimś spotkać, wrócisz sama do mieszkania? – Podał jej klucz, który ujęła w swoje palce.
– Wszystko dobrze? Jesteś zdenerwowany. – Popatrzyła w jego oczy, nie potrafiła się uśmiechnąć. – Coś się stało, Nick?
– Nic – odparł bez przekonania, unikając jej wzroku. – Wrócę za dwie godziny.
Patrzyła w dal, odchodził pośpiesznym krokiem. Krople potu przysiadły na jego czole, a zdenerwowanie wylewało się z każdej części jego ciała. Bał się jak cholera.


*

Był pod drzwiami jej mieszkania, z ręką zwiniętą w pięść na drewnianej płycie, wahał się, nie chciał tu być. Przymknął powieki i przełknął ślinę. Zapukał, raz, drugi, otwarła za trzecim. Rude, lokowane pukle opadały na ramiona, uśmiech krwistych warg rozjaśnił jej mleczną twarz, a obcisła, zielona sukienka podkreślała wąską talię. Była piękna, piękniejsza niż zwykle.
– Przyszedłeś. – Ledwo poruszyła ustami, a melodyjne dźwięki wypłynęły z jej ust.
– Czego… czego się boisz, Shiri? – zapytał, głosem pełnym niepewności i strachu; obawiał się najgorszego.
– Wejdź, nie rozmawiajmy w progu. – Uchyliła drewniane drzwi. Zaprowadziła go do salonu. – Napijesz się kawy?
Nie usiadł na beżowej kanapie, nie zajął też miejsca na krześle, podszedł do okna. Ze zdenerwowania pociły mu się ręce, mimowolnie machał nimi w powietrzu i chodził w miejscu. Strach zjadał go od środka.
– Nie chcę twojej cholernej kawy, rozumiesz? – wysyczał, nie był w stanie hamować gniewu. – Powiedz, o co chodzi!
Podeszła do niego i spojrzała w oczy; wiedziała, wyczuwała w powietrzu, że nadal ma do niej słabość, pociągała go jako kobieta. Zerknął na jej wargi, pełne i wysyłające zaproszenia do pocałunków, przypominając sobie przeszłość, tę ich, i cicho, prawie bezgłośnie, westchnął. Uśmiechnęła się, satysfakcja wylewała się na jej wargi, mieszała się z czerwienią szminki; lubiła być pożądaną, szczególnie przez niego. Nim dotknęła jego warg swoimi, zagryzła jedną uwodzicielsko i posłała mu spojrzenie pełne władzy i chwilowej przewagi – w rzeczywistości to ona była tą uległą, marionetką, plasteliną w jego rękach. Całowała go agresywnie, brutalnie, kąsała jego wargi i zlizywała z nich krew, zaplatała palce w kosmykach jego włosów – przelała w ten pocałunek siebie, oddała mu się, pragnęła odwzajemnienia. Nie spodziewała się, że ją odepchnie – zrobił to, nagle, pewnie, wystarczająco brutalnie. Spojrzała na niego z wyrzutem i opuszkiem wytarła rozmazaną szminkę w kąciku ust.
– Nie podobało ci się? – Pogładziła jego nieogolony policzek palcem wskazującym i zbliżyła wargi do jego ucha; jej szept zatonął w brązie jego włosów: – Tęskniłam do tego, tęskniłam do ciebie, Nick.
Złapał ją za nadgarstek i puścił dopiero, gdy z pomiędzy gąbeczek jej ust wyrwał się cichy syk.
– Jesteś w ciąży, Shiri? – Patrzył na nią z powagą, a gdy zaśmiała się krótko, powtórzył: –  Jesteś?
– Tego pragniesz? – Jej ręka powędrowała w okolice jego krocza, zaczęła gładzić jego męskość. – Mogę dać ci dziecko w każdej chwili...
Chwyciła go za rękę i pociągnęła w stronę jasno oświetlonego pomieszczenia. Nie zatrzymywał jej, nie wzbraniał się przed jej dotykiem , przeciwnie – pragnął tego. Obudziły się w nim męskie instynkty, obudził się dawny on. Chciał dotykać, pieścić, brać i wchodzić; marzyło mu się jej ciało tylko dla niego. Zaczął ją całować, zanim przekroczyli próg pokoju, w pośpiechu ściągał zimowe okrycie i bawełniany sweter. Gładziła jego nagą pierś, drażniła krótkimi paznokciami, składała pocałunki na jego ciele. Ofiarowała mu siebie, podobnie jak dawniej, choć teraz była odważniejsza – zdecydowała się walczyć o tę miłość. Przyparł ją do ściany, a ona oplotła nogami jego biodra. Całował jej piersi, schowane w czarnym materiale stanika, pieścił wargi i pochłaniał uczucie, zapomniane, stare, nie do końca odwzajemnione, z jej błękitnych tęczówek. Chciał zatracenia, chciał przeszłości, tamtych wspomnień  i doznań. Gdy wbiła paznokcie w jego plecy i zębami skosztowała skóry jego ramion i obojczyka, przystanął; odnalazł się w tu i teraz. Potrząsnął głową i puścił ją, jego ręce i wargi odrzuciły jej wdzięki, pragnęły innych.
– Nie mogę – szepnął, potrząsając głową. Odwrócił się, zewnętrzną stronę dłoni, którą potem zacisnął w pięść, przyłoży do nabrzmiałych od pocałunków, rozczerwienionych ust. Pięścią drugiej ręki uderzył w miętową ścianę. – Nie mogę – powtórzył.
Jej roziskrzone oczy nabrzmiały łzami, jedna zatańczyła wśród pogrubionych tuszem rzęs i spadła na zaróżowiony polik, a wargi uniknęły cichego jęku zawodu. Odwróciła się plecami, zawstydzona, zakrywając półnagie ciało rękami, a potem pomiętą sukienką – oprócz naznaczonej pocałunkami skóry, jedynym dowodem ich miłosnego uniesienia, chwilowego błędu jego męskiego, niemal zwierzęcego popędu.
– Wyjdź stąd. – Słyszał w jej głosie ból, niewypowiedziane słowa, zawstydzenie i ogromne rozdarcie. – Idź…
Zbliżył się, by jej dotknąć, przeprosić, lecz gdy był już o krok, odwróciła się i krzyknęła:
– Wyjdź, Nick, wyjdź, słyszysz?! – Zastygła w bezruchu, gotowa rzucić się na niego i błagać, by jednak tego nie robił. Łzy kapały jej z oczu.
Gdy założył sweter, porwał w ręce kurtkę i wybiegł z jej mieszkania. Tak bardzo żałował, że ją zranił!
Stała w tym samym miejscu kolejne minuty i nie była w stanie się poruszyć. Szloch wstrząsnął jej ciałem, a ona sama upadła na drewnianą posadzkę. Zwinęła się w kłębek i pozwoliła łzom znaczyć ciemne drewno. Wypłakiwała żal, ból i zawstydzenie; chciała umieć wypłakać swoją miłość do niego. Z ciszą mieszał się jej płacz, potem szaleńczy śmiech zakochanego, aż wreszcie zastygła bez ruchu – wsłuchiwała się w bicie swojego chorego serca. Z chwilą gdy pokochała, zaczęła traktować miłość jak chorobę - mimo wszystko wiedziała, że z niego nigdy się nie wyleczy.


*
Wstawiła ciasto do piekarnika, a karminowe wargi rozwarły się w półuśmiechu. Z czarnym kubkiem pomiędzy długimi, lekko trzęsącymi się z zimna palcami przekroczyła próg sypialni. Przysiadła na skraju niepościelonego łóżka i zatopiła dłoń w oliwkowej pościeli – w powietrzu wyczuła szczęście. Jaśminowa herbata zwilżyła gardło i spierzchnięte wargi. Zaśmiała się krótko, niczym dziecko przyłapane na gorącym uczynku, gdy kilka kropel aromatyzowanej cieczy naznaczyło zieleń delikatnego w dotyku materiału. Odłożywszy kubek na pobliską szafkę, położyła się na drugiej stronie materacu, tej jego. Szukała jego zapachu, niedawnej obecności, pierwiastka ciepła i bezpieczeństwa. Przymknęła powieki i w pamięci raz po raz odtwarzała jego słowa; obrazy jego oczu i rąk wpełzły pod cienkie powieki, tuliły ją, usypiały, szeptały do ucha.
Lubiłam wyjmować Twoje swetry z szafy i zakładać je na swoje drobne ciałko. Podwijałam za długie rękawy, siadałam w ulubionym fotelu i, z nosem zanurzonym w ich częstokroć chropowatej fakturze, zamykałam oczy. Robiłam tak, gdy Ciebie nie było – zazwyczaj zaraz po Twoim wyjściu. Twoje ubrania szeptem mówiły, że kochasz…
Zwilżyła wargi koniuszkiem języka i uchyliła zaspane powieki. Spojrzenie jej rumiankowych tęczówek powędrowało do, okrytego zakurzoną, już nie białą płachtą, fortepianu. Uniosła się na łokciu, by w chwilę później znaleźć się tuż obok niego. Pogładziła palcami materiał skrywający zakazaną przeszłość i oddaliła się na pół kroku.  Jednym, szybkim ruchem zdarła okrycie z czarnego fortepianu – drobiny kurzu zatańczyły w powietrzu, a razem z nimi pożółkła karta, która opadła na drewnianą posadzkę. Ujęła ją w swoje dłonie i, usiadłszy na podłodze, zaczęła czytać – miejscami pismo było zamazane, pokryte śladami łez. Trzymała w dłoni klucz do jego przeszłości…
(…)
Lost and insecure
You found me, you found me
Lying on the floor
Surrounded, surrounded
Why’d you have to wait?
Where were you, where were you?
Just a little late
You found me, You found me*
(…)

*

Śnieg zmoczył mu włosy. Gdy pokonywał ostatnie stopnie, potrząsnął głową, a kilka kropel opadło na marmurową posadzkę klatki schodowej. Stanął przed drzwiami ze złotą ‘19’ u góry i głośno westchnął. Klamka ustąpiła pod naporem jego dłoni. W powietrzu wyczuł słodki zapach jabłek, cynamonu i gorącej czekolady. Zanim ściągnął kurtkę, usłyszał jej głos dobiegający z kuchni, czule pieszczący jego uszy:
– Upiekłam szarlotkę! – Uśmiechnął się i potarł zmarznięte ręce. – Gorąca czekolada czeka w sypialni.
Gdy przekroczył jej próg, jego czekoladowe spojrzenie pomknęło w kierunku fortepianu, którego nie widział od tak wielu dni – stał na nim czerwony kubek i zniszczona kartka papieru, jego ostatnia piosenka. W powietrzu wyczuł woń alkoholu, odór niemytego ciała i zepsutej żywności, a przed oczami pojawiły się kadry, których już nigdy nie chciał oglądać. Przeszłość zapukała do jego drzwi.
Usłyszała brzęk tłuczonego szkła i nim zdążyła się odwrócić, on był już przy niej – chwycił ją za przeguby i mocno przyparł do kuchennej szafki.
– Naprawdę nie rozumiesz, co do ciebie mówię? – Furia wylewała się z jego oczu, ust i dłoni. – Nie pozwoliłem dotykać tego fortepianu!
– Nick, to boli, puść… - wyszeptała, nie podnosząc na niego wzroku. Słone krople zebrały się pod powiekami.
– Pozwoliłem, czy nie? – krzyknął, brutalnie unosząc jej podbródek i zmuszając, by spojrzała mu w oczy. – Masz patrzeć, kiedy do ciebie mówię, rozumiesz?!
Zacisnęła mocno usta, gdy pojedyncza łza naznaczyła mokrą ścieżką jej zaróżowiony policzek. W uszach odbijało się echo jego słów, a nadgarstki, nadal trzymane w żelaznym uścisku jego dłoni, paliły żywym ogniem.
– Nie pozwoliłeś. – Prawie bezgłośny szept wydostał się z pomiędzy jej przerażonych warg. Spojrzała mu w oczy. – Nick, proszę…
Dopiero wtedy, w tej jednej sekundzie, spostrzegł wyraz jej twarzy – strach kpiąco śmiał się do niego z rumiankowych tęczowego jej oczu, wargi drżały, a kruche ciałko kuliło się w sobie. Puścił jej blade nadgarstki, na których zostawił czerwone ślady palców, i machinalnie oddalił się od niej na odległość metra. Nie rozumiał tamtego siebie. Patrzył w jej przestraszone oczy, spojrzeniem obejmował jej drobną posturę; szumiało mu w uszach. Nim wybiegł, cicho wyszeptał słowa przeprosin, choć nie był pewien, czy doleciały jej uszu. Nie zauważył swojego swetra na jej drobnym ciałku.
Nie poruszyła się przez chwilę, by nieco później wybiec za nim. I choć nadal czuła zadany przez niego ból i łzy, które nie zdążyły wyschnąć, podświadomie wiedziała, że to z jej winy zachował się w podobny sposób. Gołe stopy dotykały zimnej posadzki klatki schodowej, gdy biegiem pokonywała dzielącą ich odległość, a potem zanurzyły się w śniegu, kiedy stała na chodniku w styczniowy wieczór i wzrokiem szukała burzy kręconych włosów i czarnego, zimowego okrycia. W ciemność wołała jego imię, a odpowiadały jej jedynie szczekanie psów i zdziwione spojrzenia przechodniów. Wróciła do środka i ze szlochem zaległym w płucach, uchwyciwszy się metalowej barierki, opadła na schody. Nie wiedziała, kiedy głowa pokryta siwymi włosami wynurzyła się zza ciemnych drzwi, ani kiedy powolne kroki starszego mężczyzny ustały, znalazłszy się tuż przed nią – pamiętała jedynie, że instynktownie rzuciła mu się w ramiona, wtulając zapłakaną twarz w ciepły sweter.
 
 
„Boleję za Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie.”
„Truję Cię sobą.”

*

Dał jej ciepłej herbaty i wełniane skarpety. Szczelnie okrył beżowym kocem. Zostawił samą na dwie długie godziny. Czekał, aż go zawoła – usłyszał swoje imię po piętnastu minutach.
– Wrócił? – wyszeptała, wpatrzona w niego z nadzieją w oczach. Gdy przecząco pokręcił głową, uśmiechnęła się smutno.
– Chcesz o tym porozmawiać, moje dziecko? – zapytał przyciszonym głosem, poprawiając okulary.
Machinalnie zasłoniła obolałe, lekko posiniaczone nadgarstki rękawem za dużego, granatowego swetra, spuściła głowę i chwilę milczała. Gdy spojrzała na staruszka, wpatrywał się w nią wyczekująco – i wtedy poczuła, że jemu, trochę wścibskiemu, starszemu panu, może powiedzieć wszystko. Otworzyła usta, z których wydobył się potok słów – mówiła o swoim i jego cierpieniu, o trudnej przeszłości dwojga zagubionych dzieci, opowiadała ostatnie dni, które w jej sercu zapisały się jako te najważniejsze, przemilczała jedynie pewne uczucie, które zrodziło się pewnego dnia, o pewnej godzinie - on i tak wiedział, czuła to.    
– Nie rozumiem tylko, dlaczego zareagował w ten sposób… – wyszeptała na koniec, ciaśniej owijając się kocem.
– To proste. – Głośno przełknął ślinę i uśmiechnął się lekko. – Boi się swojej przeszłości, tego kim wtedy był. Myślę, że przeraża go nawet najmniejsze wspomnienie z tamtego okresu, dlatego trudno mu o tym mówić. – Wstał i podszedł do drzwi. – Najbardziej boi się, że go odrzucisz.
Gdy została sama, przytuliła twarz do miękkiej poduszki i zamknęła oczy, po chwili usnęła – śniło jej się szczęście, to ich wspólne, upragnione.

*

Było już ciemno, kiedy zamknęły się za nim drzwi kamienicy. Zanim zdążył pokonać pięć schodków, usłyszał skrzypienie drzwi i swoje imię w obcych ustach. Odwrócił się, a jego wzrok napotkał starszego mężczyznę, którego mijał co jakiś czas; machał do niego ręką.
– Jest tutaj, śpi – powiedział ściszonym głosem. – Czekała na ciebie.
– Chyba powinna tu zostać – odparł po dłuższej chwili milczenia. – Przynajmniej na razie.
– Nie, ona chce być blisko, nawet teraz, rozumiesz? – Wpuścił go do środka, wskazał ręką jedno z pomieszczeń. – Jest tam.
Spała, zwinięta w kłębek. Włosy zasłaniały jej twarz, a miarowy oddech pieścił jego szyję, gdy delikatnie ją uniósł i wziął w ramiona. Zanim wyszedł, usłyszał za sobą:
Nie rań jej więcej.

Zabolało?
Bardzo, mimo wszystko te słowa przyszły w porę, od tego czasu miałem zapisane je w sercu, traktowałem jak mantrę.
Przeprosiłeś?
Cały czas mam wrażenie, że nie robiłem tego wystarczająco wiele razy, wiesz?

Obudziła się, gdy wszedł do mieszkania. Ich spojrzenia spotkały się, a ona długim palcem pogładziła jego chropowaty w dotyku policzek; uśmiechnęła się lekko. Odwrócił twarz, by nie widziała jego łez, które zebrały się pod powiekami – niepotrzebnie, nie minęła chwila, gdy pojedyncza kropla wylała się z jego oczu, mrugnął tylko i rękawem kurtki potarł skórę policzka. Przyłożyła rękę do jego serca w chwili, gdy kładł ją na łóżku. Poklepała miejsce obok siebie i chwyciła go za rękę. Niezdarnie wdrapał się na materac i zanurzył zmęczone ciało w fałdach zmiętej, pełnej drobinek nocnych wspomnień, pościeli. W mroku odszukała jego dłoni, a złączywszy wspólnie swoje palce, wyszeptała:
Wybaczyłam ci już wtedy.
Spojrzała na niego, nikła smuga światła oświetlała jego twarz – widziała na niej łzy, spostrzegła też strach, gniew i rozczarowanie. Krótko patrzył jej w oczy, zanim zaczął wodzić palcami po nadgarstkach naznaczonych pożółkłymi smugami; całował cienką skórę tamtych miejsc, co kilka chwil podlewając ją, niczym grządkę z ukochanymi roślinami, słonymi kroplami. Nie wyrywała się, lecz po chwili ujęła jego twarz w swoje dłonie – wargami ścierała słone ścieżki, aż dotarła w okolice ust. Przybliżyła się, nosem dotykając jego policzka, i ucałowała ich kącik, po chwili z dolnej wargi zabierając gorzką pigułkę rozczarowania i żalu – jego wargi były suche, jakby nie nawadniane miłością od lat. Smakowali siebie delikatnie, powoli, niewinnie, tak bardzo podobni do niedojrzałych dzieci.
Tak strasznie się bałem, Nomelle.

* tytuł: Broniewski
* Żulczyk (zmieniony na potrzeby opowiadania)
* The Fray – You found me



 
 


 

4 komentarze:

  1. Cieszę się, że wróciłaś.
    Tęskniłam za Tobą.
    Za Nimi również.

    Czarujesz!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie potrafię stwierdzić nic innego, jak tylko to, że masz piękne wnętrze i może nawet nieświadomie pokazujesz to piękno swoim czytelnikom i fanom w każdym, nawet najbardziej zagubionym w tekście przecinku. Dziękuję Ci za to, że podczas czytania uczysz mnie i pokazujesz, gdzie popełniłam błędy, a także co zrobić, żeby następnym razem ich uniknąć.

    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kłaniam się najniżej, jak tylko potrafię, i mówię szczere: dziękuję.

      Usuń
  3. Nie wierzę,że jeszcze tego nie przeczytałam. Jutro na pewno tu wrócę i nadrobię zaległości.

    Patrycja

    OdpowiedzUsuń